Robert Kupisz czyli do trzech razy sztuka – My baby shot me down!

May 30th, 2012 § Leave a Comment

Istnieje teoria, że trzecia kolekcja w dorobku projektanta jest kolekcją szczególną. Założenie jest proste – trzy kolekcje dają solidną podstawę do analizy nie tylko konkretnego sezonu, ale też bardziej kompleksowego spojrzenia na markę. Trzecia kolekcja weryfikuje styl, który stworzył (lub odtworzył) projektant i konkretne założenia, które postanowił realizować w ramach swojej interpretacji mody. Ostatni pokaz Roberta Kupisza stał się idealną okazją do sprawdzenia, czy owa teoria ma jakiekolwiek odzwierciedlenie w rzeczywistości. Moja bezgraniczna miłość do mądrości ludowej jest już wam znana. Dlatego nawet nie próbuję się powstrzymać i z radością przytoczę dość oklepane powiedzenie – podobno “do trzech razy sztuka”. Banał? Być może. Ale jaki prawdziwy!

Pół roku temu zastanawiałem się, kim właściwie jest Robert Kupisz i jak nazwać jego działalność związaną z tworzeniem ubrań. Podstawowym problemem stało się umiejscowienie go w jakiś ramach. Nie chciałem go wtedy nazwać projektantem i przyznam, że dopiero trzeci pokaz w pewien sposób otworzył mi oczy. Dziś mogę bez wyrzutów sumienia powiedzieć, że Robert Kupisz jest projektantem ubrań a mój mały problem z określeniem tego co robił do tej pory miał bardzo prostą przyczynę. Kupisz to chyba jedyna autorska marka tego typu w Polsce. Brand, który nie tworzy mody przez wielkie “M”, ale prezentuje duże, bardzo rozbudowane kolekcje ubrań. Podobnie działa na przykład MMC, ale w ich kolekcjach pojawia się nieporównanie większa świadomość projektowania. Od razu uprzedzam wszelkich tropicieli intryg i sensacji – nie uważam, że nazwanie kogoś projektantem ubrań (a nie mody) ma stanowić ujmę czy obelgę. Wśród wielu projektantów z wielką pretensją do projektowania “MODY” Robert Kupisz stał się ciekawą i unikalną alternatywą. Bo oto ugruntowała się mainstreamowa marka, który chce ubierać ludzi zamiast tworzyć tysięczną wariację “kiecki z trenem” na czerwony dywan. To dość awangardowe podejście jak na nasze warunki coraz bardziej zaczyna mi się podobać – jest coś niezwykle kuszącego w tej wizji.

Żeby tradycji stało się zadość trzeba opisać okoliczności. Pokaz odbył się we wtorkowy wieczór na terenie Soho Factory. Nie wiem czy Robert wykupił tam abonament na najbliższą dekadę, ale prawdą jest, że jego ciuchy i postfabryczne hale to duet doskonały. Deszcz lał niemiłosiernie, taksówka wlokła się przez miasto niczym w kondukcie pogrzebowym. Na miejsce dotarliśmy spóźnieni – grubo po 21. Frekwencja była jak zawsze znakomita. Ilość ludzi i kapryśna pogoda sprawiły, że przy wejściu nikt nawet nie poprosił mnie o zaproszenie. Było to bardzo sympatyczne – odniosłem wrażenie, że każdy jest tu bardzo mile oczekiwanym gościem, niczym na otwartym evencie. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to wybieg, a raczej ogromna ściana ze słomy na której dumnie prezentował się neon z logo Kupisza czyli znane połączenie czcionek łacińskiej, greckiej i rosyjskiej. Pomysł na tę prostą scenografię był fantastyczny. Idealnie oddawała klimat kolekcji czyli inspirację dzikim zachodem. Efekt wschodzącego i zachodzącego słońca był imponujący a w połączeniu ze świetnie dobraną muzyką przeniósł nas prosto w świat westernów. Robert Kupisz konsekwentnie realizuje wizję pokazu jako modowego show, które za każdym razem zaskakuje dobrą choreografią i reżyserią. Podzielony na segmenty, mimo ogromnej ilości looków nie nudził się nawet przez chwilę. Utrzymanie dramaturgii w przypadku tak rozbudowanego pokazu staje się kluczową sprawą. Szczególnie w przypadku casualowych kolekcji. Projektant dobrze o tym dobrze wie. Trzeci pokaz w końcu dał mi wyraźnie do rozumienia jakim projektantem jest Robert Kupisz. Chyba najlepiej podsumuje go określenie “wizja totalna”. Każda jego kolekcja ma bardzo wyraźną inspirację. Na początku ta dosadność trochę mi przeszkadzała, bo momentami ciężko było stworzyć granicę między ubiorem a kostiumem. Teraz już wiem, że taką właśnie drogą podąża projektant i najwyraźniej nie zamierza z niej zrezygnować. Ma to swój niewątpliwy urok naiwności, ale świadczy też o całkowitej świadomości tego co Robert Kupisz chce realizować i jakie środki będzie wykorzystywać. Nie wspominając o tym, że  konsekwencja w tworzeniu marki daje mu ogromny i niezaprzeczalny atut – rozpoznawalność.

Kolekcja “Wanted” to podróż do świata kowbojów. Po wybiegu przechadzały się wszystkie możliwe wariacje na temat kobiety z dzikiego zachodu. Widzieliśmy urocze ladacznice, ostre i seksowne kowbojki, wyuzdane kurtyzany, skromne sklepikarki, dzikie Indianki, mieszczki, kilka wariacji na temat Doktor Quinn, lekko zagubioną córkę pastora i uroczą pannę młodą. Jeżeli chodzi o konstrukcje i wykończenia to raczej nie doczekaliśmy się wielkich zaskoczeń. Projektant ma już zestaw swoich standardowych (można nawet powiedzieć flagowych) zagrywek. Luźne sylwetki, przetarcia, farbowania i lekki oversize. Widzieliśmy to w poprzednich kolekcjach i pewnie zobaczymy w następnych. Oczywiście inspiracja wymagała dodania nowych elementów takich jak na przykład falbany i halki. Całość została urozmaicona skórzanymi akcesoriami, przypominającymi uprzęże. Kolorystyka jak zawsze mocno spłowiała, w charakterystycznej “nadgryzionej przez czas” stylistyce. Nie jest to z pewnością kolekcja unikalna. Podobne rzeczy widzieliśmy już u marek takich jak Pepe Jeans, Wrangler, D&G, Diesel i Dsquared2. Czy to źle?  Oczywiście nikt nie ma monopolu na kowbojskie inspiracje, nie ma więc nic złego w tym, że Robert Kupisz również po nie sięgnął. Oryginalność nie jest tu najważniejszym czynnikiem. Ubrania są przede wszystkim bardzo użytkowe – do noszenia na co dzień. Jest seksownie, kobieco i co bardzo ważne – uniwersalnie. Ekstremalnie wcięte szorty, przeźroczyste sukienki i bluzki, podkoszulki odsłaniające brzuch to oczywiście temat zarezerwowany dla dziewczyn ze świetnym metabolizmem i zaawansowaną miłością do siłowni. Jednak szerokie spódnice, płaszcze, dżinsowe koszule, genialne skórzane kurtki i bluzki z powodzeniem znajdą swoje miejsce w szafach pań o (mówiąc dyplomatycznie) większych rozmiarach. Na pewno nikomu nie będę polecać przenoszenia niektórych sylwetek prosto z wybiegu do codziennego życia. Wybiegowe stylizacje uzupełnione kapeluszami, kowbojkami i pióropuszami tworzyły integralną całość z muzyką, światłem i scenografią. Jednak takie rozwiązanie nadaje się tylko na potrzeby pokazu lub na imprezę tematyczną. Ciuchy z kolekcji “Wanted” trzeba po prostu przełamać rzeczami utrzymanymi w innej stylistyce. Mają jednak taki potencjał, że ilość możliwych rozwiązań staje się właściwie nieograniczona. Muszę jeszcze wspomnieć o jednej rzeczy – fryzurach. Genialne, proste i idealnie pasujące do stylizacji. Pomysł z “dużymi włosami” okazał się strzałem w dziesiątkę.

Zrobiło się niezwykle różowo więc czas przejść do minusów. Tym razem będą one jednak bardzo subiektywne. Najmniej do mnie przemawiała kolorystyka niektórych ubrań. Szczególnie tych farbowanych na biało-błękitno. Jest to dość ciężkie połączanie kolorystyczne, mało popularne i bardzo rzadko wykorzystywane. Pojawiło się też kilka wykończeń, na które reaguję alergicznie. Były to na przykład znienawidzone przeze mnie szczypanki, które pojawiały się na bluzkach. Rozumiem jednak, że dosłowność tej kolekcji wymagała użycia rozwiązań charakterystycznych dla tego stylu. Nie podobały mi się też nadruki na t-shirtach. Biorąc jednak pod uwagę popularność “orzełków” z poprzedniej kolekcji jestem przekonany, że co druga fashionistka będzie śmigać w koszulce “wanted”. Jest jeszcze jeden aspekt, do którego nie potrafię się ustosunkować. Robert Kupisz wybrał sobie dość bezprecedensowy sposób wprowadzania kolekcji. Zamiast tworzyć je z wyprzedzeniem pokazuje kolekcje na aktualnie obowiązujący sezon. I chociaż jest to teoretycznie wiosna/lato to tak na prawdę Robert Kupisz stworzył własne sezony: lato/jesień i zima/wiosna. Zabrakło mi też męskich looków. Nie wiem czemu projektant zrealizował kolekcję stricte damską. Było to jednak bardzo odczuwalne w trakcie pokazu – inspiracja aż się prosiła o kilku prawdziwych twardzieli takich jak John Wayne, Clint Eastwood czy James Stewart. Ostatnim minusem mogą być ceny ubrań. Projektant wyceniał swoje poprzednie kolekcje bardzo wysoko. I coś mi mówi, że tym razem kwota na metce nadal dla większości młodych ludzi będzie zaporowa. Jednak prawa rynku są nieubłagane – tak długo jak klienci będą gotowi płacić takie a nie inne ceny tak długo będą miały one rację bytu.

Na koniec napiszę jeszcze o jednej rzeczy, którą Robert Kupisz podbił moje serce bez reszty. Chodzi mi o końcówkę pokazu. Projektant wskrzesił dawno zapomnianą tradycję, kiedy to każdy pokaz wielkich domów mody wieńczyła prezentacja sukni ślubnych. Ostatni look – śnieżnobiała kreacja nadal utrzymana w konwencji dzikiego zachodu. Modelka trzyma w ręku skromny bukiet, idzie powolnym krokiem, niczym do ołtarza. Magia! Było to piękne zagranie, bardzo świadome i insiderskie. I za to należą się projektantowi wielkie brawa.

PS. Teoria “do trzech razy sztuka” okazała się prawdziwa.

PS2. Dla przypomnienia dodaję link do recenzji “Niepierwszej świeżości” czyli poprzedniej kolekcji Roberta Kupisza.

PS3. Właśnie się dowiedziałem, że kolekcja “Wanted” jest przeznaczona na sezon Lato 2013. Szczerze mówiąc nie sądziłem, że ktoś może wpaść na pomysł pokazywania kolekcji z rocznym wyprzedzeniem (!!). Zastanawiam się też, co Robert Kupisz będzie sprzedawać, skoro ostatnia kolekcja była przeznaczona na zimę 2012. Jest to jedna wielka zagadka tym bardziej, że T-Shirty z nadrukiem “Wanted” można już jednak kupić w jednym ze sklepów internetowych. Jak zwykle okazuje się, że nic nie może być proste. Tak się kończą eksperymenty z mieszaniem w sezonach. A może mamy już 2013 rok, tylko ja coś przegapiłem? Jeśli tak to powiedzcie proszę kto wygrał Euro!

Tobiasz Kujawa

tobiasz.kujawa@fashionmagazine.pl

Kwestia czasu, minimalizm i nuda czyli BOHOBOCO AW 2013.

May 27th, 2012 § 6 Comments

Dziennikarze, styliści, blogerki i każdy kto moczy paluszki w branży zwanej hucznie branżą modową, biegają bez tchu po pokazach, eventach i prezentacjach prasowych. Każdy kto myśli, że to istna bajka a nie życie jest w ogromnym błędzie. Umówmy się – lekko nie jest. Podstawowy problem to “kwestia czasu”. A raczej jego wiecznego braku. Na evencik trzeba dojechać co oczywiście zabiera nam kilka chwil. Jak już dotrzemy na miejsce, to musimy się z każdym przywitać i zamienić parę słów. Głównie o tym, jaki to człowiek jest zabiegany i jak nam ciągle brakuje tego ultra cennego czasu. Istny koszmar na jawie! Następnie trzeba z grzeczności (lub z ciekawości) posłuchać o tym, co właściwie oglądamy i dlaczego akurat tutaj jesteśmy. Następnie coś zjeść, napić się i zabrać paczkę z materiałami prasowymi / prezencikiem, żeby na koniec z uśmiechem na ustach powiedzieć “zmykam dalej bo mam bardzo mało czasu”. Przy odrobinie szczęścia w ciągu jednej doby można zjeść trzy obiady, a o trzeciej po południu mieć już nieźle w czubie, bo serwowanie wina w ciągu dnia w oczywisty sposób sprzyja percepcji. Kilka godzin z życia wyjęte na zawsze. Potem oczywiście następuje problem, bo zaglądamy do kalendarza i okazuje się, że wieczorem jest kolejny evenick! Wieczorne wydarzenia wymagają jednak sporych manewrów – trzeba się na nie przygotować. Wrócić do domu, odświeżyć, skompletować stylizację (bardzo ważne!), obdzwonić znajomych (których swoją drogą widzieliśmy tego dnia już kilka razy) i dowiedzieć się kto, jak i o której wybiera się na pokaz/galę/imprezę, niepotrzebne skreślić. Wszystko to jest bardzo czasożerne – zastanawiam się, kiedy właściwie w tym natłoku obowiązków znajdujemy czas na pracę…  Oczywiście jest to bardzo przerysowany opis. Ale jak wiemy, każda karykatura powstaje na wzór prawdziwego obrazu. Czemu dzisiaj tak bardzo skoncentrowałem się na kwestii czasu? Bo, jak się okazuje, nie wszyscy go szanujemy.

Zaczniemy od ładnego banału. BOHOBOCO to młoda marka, która w krótkim czasie zyskała sporą popularność. Pomysł jest intrygujący – “Nowojorska nonszalancja. Londyńska awangarda. Paryska elegancja. Mediolańskie dolce vita”. Połączenie czterech stolic mody w jednym brandzie jest ambitną ideą, która jednak niebezpiecznie podąża w kierunku brawury. No ale cóż, projektanci są młodzi i mają bardzo duże ambicje. Z różnych powodów, których nie warto dzisiaj wspominać, BOHOBOCO nie pokazało kolekcji na ostatnim Fashion Weeku w Łodzi. Piątkowy pokaz w Soho Factory był ich pierwszym autorskim przedstawieniem kolekcji przed większą publicznością. Zorganizowanie takiego przedsięwzięcia nie jest ani łatwe, ani przyjemne. Trzeba pozyskać miejsce i sponsorów. Wydrukować zaproszenia i przygotować odpowiednią komunikację eventu. Zatrudnić stylistę, ekipy od włosów i makijażu, obsługę techniczną, reżysera świateł, choreografa, DJa a na koniec pozyskać buty i akcesoria (bo niewielu projektantów w Polsce stać na produkcję takich ekstrawagancji). Dużo kreatywnej pracy, która jest jednak bardzo ciężka, żmudna i niewdzięczna. Niestety, sprawnie zorganizowany pokaz i porządna kolekcja już dawno przestały być wyznacznikiem jakiegokolwiek sukcesu. Co się teraz liczy? Kto był na pokazie, lub ewentualnie kogo na nim nie było. Moda zeszła na drugi, albo nawet na trzeci plan stając się bohaterem epizodycznym. Pokazy są wydarzeniami stricte towarzyskimi. Nie czuję się na siłach, żeby to oceniać. Przyjmuję to jako stan, w którym dziennikarze i blogerzy piszący o modzie muszą jakoś funkcjonować i na który tak naprawdę nie mają żadnego wpływu. Oczywiście jak zawsze podkreślam – moda i showbiznes są nierozłączne, chodzi mi bardziej o fakt, że nastąpiło ogromne zaburzenie proporcji. O celebrytkach pisać nie będę, bo w kontekście pokazu niewiele mnie obchodzą. Jedno jest pewne – było ich bardzo dużo, bo fotografowie biegali z szaleństwem w oczach, nie wiedząc na kim skupić wzrok i obiektywy. Tak więc mamy piątek, jesteśmy zaproszeni na godzinę 21 i (jak zawsze) pojawiamy się punktualnie. Oczywiście wszyscy sobie zdają sprawę, że godzina na zaproszeniu nie jest godziną rozpoczęcia pokazu. Nie istnieje coś takiego jak konkretnie określony czas, w trakcie którego wszyscy zaproszeni goście mają się zebrać na miejscu i czekać na rozpoczęcie pokazu. Zazwyczaj trwa to od 30 minut do godziny. Wiadomo, że im bardziej popularny projektant, tym więcej jest gości do usadzenia. A na to potrzeba czasu. Nie wiedziałem jednak, że BOHOBOCO zyskało aż tak wielką popularność. Na rozpoczęcie pokazu kazano nam czekać ponad półtorej godziny. Podobno było to spowodowane oczekiwaniem na przybycie Pani Sochy. Szczerze? Niewiele mnie to obchodzi. Picie kolejnej mini butelki truskawkowego wina musującego i pogaduszki ze znajomymi są miłe, przyznaję, ale po pokazie. Trzeba pamiętać, że w piątkowy wieczór każdy może mieć inne zobowiązania i przetrzymywanie gości w ten sposób jest najzwyczajniej w świecie niegrzeczne! Napięcie wiszące w powietrzu, przesycone irytacją i zaduchem, nie jest też wymarzoną atmosferą na takim wydarzeniu. No ale cóż – stało się. Niestety, okazało się, że to fatalne opóźnienie nie było jedyną wpadką tego wieczoru. I tym sposobem przechodzimy do meritum, czyli kolekcji per se!

 Jaka będzie jesień i zima według BOHOBOCO? Przede wszystkim osadzona w naszych warunkach klimatycznych! I chwała za to projektantom, bo w dość niepokornym, polskim świecie mody sezonowość kolekcji stała się bardziej możliwością niż obowiązkiem. Kolekcja jest typowo zimowa – ciepłe tkaniny, trochę futra i skóry, półgolfy, zabudowane sylwetki, długie rękawy i sukienki do kostek. BOHOBOCO konsekwentnie kontynuuje swój romans z szeroko pojętym minimalizmem. Większość fasonów jest ekstremalnie prosta i monochromatyczna. Dominują cztery kolory – czerń, biel, szarość (w różnych odcieniach) i złoto. Brak jakichkolwiek deseni i faktur (z małymi wyjątkami) został zastąpiony konstrukcją. Cięcia przebiegają często w nieoczekiwanych i zaskakujących miejscach, a detale takie jak wywinięte zaszewki, kołnierzyki albo zapięcia wykorzystujące klipsy z szelek urozmaicają nudę kolorystycznych plam. Niektóre modele bardzo zaburzają sylwetkę, szczególnie te, które odszyto z futra. Projektanci próbowali ożywić kolekcję zwracając dużą uwagę na tyły sylwetek – większość sukienek miała bardzo głębokie dekolty na plecach. Jest to ciekawy i efektowny zabieg, ale zarezerwowany tylko dla kobiet o idealnych kształtach. Przy takim rozcięciu każda najmniejsza fałdka będzie wyglądać bardzo niekorzystnie. W kolekcji jednym z tematów przewodnich stała się asymetria. Pojawia w większości sylwetek i w wielu różnych odsłonach – zapięciach, przeszyciach i dekoltach. Teoretycznie jest to ciekawy zabieg, ale asymetryczne łaty z cekinów są tak odtwórcze, że szkoda o tym wspominać. Swoją drogą, polska moda od dłuższego czasu choruje na cekiny. Dość powiedzieć, że na pokazie cekinowe marynarki nosiły nawet hostessy. Może już czas pożegnać na kilka sezonów błyszczące kółeczka, bo przesyt może spowodować refluks żołądkowy. Na tym nie kończy się jednak lista “skarg i zażaleń”. Źle układające się ubrania, spódnice, które w trakcie pokazu “podjeżdżały” do góry, spodnie brzydko marszczące się w kroczu, wybrzuszające się na plecach suwaki każą mi się zastanawiać, czy ilość przymiarek przed pokazem na pewno była wystarczająca. Przypomniał mi się też tekst Tomasza Jacykówa, który powiedział kiedyś, że białe rajstopy kobieta może założyć ostatni raz do pierwszej komunii, ewentualnie na ślub, ale tylko pod warunkiem, że ma suknię co najmniej do kostek. Rzadko się zgadzam z tym panem, ale tym razem podpiszę się pod tym, co napisał z czystym sumieniem. Żadna z sylwetek na pokazie nie była na tyle mocna, żeby podciągnąć białe rajstopy do bycia modowym hitem. Brzydkie fryzury, banalny makijaż i fakt, że pokaz był bardzo źle wystylizowany tylko pogłębiały to wrażenie. Rozumiem, że wszystkie te aspekty zostały stworzone w duchu minimalizmu, ale nudne sylwetki w takich stylizacjach po prostu wyglądały ubogo. Co z tego, że materiały były włoskie, wysokogatunkowe i zaawansowane technicznie, skoro ich potencjał nie został należycie wykorzystany? Nie pomogły też całkiem ładne buty zaprojektowane we współpracy z Loft37. Kolejną wpadką było oświetlenie – rzędy i trybuny były zbyt widoczne. Ciężko było skoncentrować wzrok na wybiegu mając za tło widzów siedzących po przeciwnej stronie w nachalnej iluminacji. O muzyce można powiedzieć tyle, że mało inwazyjnie płynęła z głośników. Choreografia była poprawna i prosta (a może minimalistyczna?). Na plus liczy się też zachowanie dramaturgii pokazu i coś na kształt finałowej sukienki – ciężkiej i dość bezkształtnej konstrukcji ozdobionej koralikami, która nijak nie pasowała do całej kolekcji.

Wnioski? Przyznam, że odczuwam ogromne rozczarowanie. Mam wrażenie, że odtwórczość, zbyt widoczne inspiracje a nawet wzajemne kopiowanie (być może nieświadome, ale nadal istniejące) stały się w Polsce codziennością. I nie piszę tego tylko w kontekście pokazu BOHOBOCO. Zaczyna mi się wydawać, że projektanci nie mają już żadnego poczucia misji i nie czują się na siłach, żeby tworzyć trendy albo ciekawie reinterpretować te, które obecnie są “na topie”. Powielanie z rocznym opóźnieniem zachodnich wybiegów tak naprawdę nie ma wiele wspólnego z modą. A przynajmniej z jej esencją, czyli kreowaniem rzeczywistości. Rozumiem, że rzadko kto może sobie pozwolić na eksperymenty, bo niesprzedana kolekcja może stać się przeszkodą do zrealizowania kolejnej. Nie twierdzę, że ubrania BOHOBOCO są brzydkie. Przeciwnie, są ładne – ale co z tego? Być może, na najniższym rejestrze pojmowania mody jest to kolekcja zadowalająca. Nadal jednak nie mogę zrozumieć skąd bierze się permanentny strach przed użyciem faktury, koloru, zdobienia tkaniny i deseni, który sprawia, że coraz ciężej odróżnić produkty różnych projektantów. Ile jeszcze razy zobaczę nieśmiertelną sukienkę Gucci w kolejnej odsłonie? Jeżeli ktoś twierdzi, że inspirują go cztery największe stolice mody to powinno być to widoczne w kolekcji. Inaczej są to tylko puste słowa. Miałem nadzieję, że BOHOBOCO nie popłynie tak bardzo w celebrycko-czerwonodywanowy kierunek. Niestety – myliłem się. Na koniec dodam tylko, że zasłanianie się źle pojmowanym minimalizmem (co jest naszą kolejną narodową specjalizacją) to prawdziwy grzech kardynalny. Minimalizm i nuda to dwie bardzo różne sprawy.

PS. Popularne przysłowie mówi “Czas to pieniądz”. Na pokazie BOHOBOCO, w bardzo mało wyrafinowany i dość pokrętny sposób mieliśmy okazję się przekonać, jak bardzo to zdanie może być prawdziwe.

PS. 2 – Korekta – jak zawsze fantastyczna Panna Marta Mitek, która nie dość, że ma do mnie anielską cierpliwość to jeszcze pozwala się męczyć w niedzielę!

Tobiasz Kujawa

tobiasz.kujawa@fashionmagazine.pl

Fashion Week – vol. II – aleja gwiazd, nieoczekiwany zgon i polska zima czyli refleksje czasem smutne czasem wesołe.

April 26th, 2012 § 22 Comments

Zaczniemy od przykrej i dość dramatycznej plotki. Nikt jej nie zakomunikował wprost, nikt z tej okazji nie zamieścił nekrologów ani nie stworzył ujmującego epitafium. Nie było informacji w prasie ani w TV. Nie było łez, rzucania się do grobu i wzruszających przemówień o tym jak to dobrze, że „on” kiedyś był wśród nas a teraz już go nie ma. Nikt nie wspomniał, jakie to straszne i niesprawiedliwe, no bo przecież był jeszcze taki młody! No i oczywiście nikt się nie zastanawiał, jak my sobie teraz bez niego poradzimy. Szokująca plotka rozpuszczała swoje wici i macki pocztą pantoflową. Powtarzana z wypiekami na twarzy i przerażającą satysfakcją ograniczała się do stwierdzeń:

Ha! Wiedzieliśmy, że tak będzie. 

Ha! Należało mu się. 

Ha Ha Ha! Sam jest sobie winny. 

A jaka to właściwie plotka? Osoby ze skłonnością do nerwic i psychoz proszę o nieczytanie, bo nic dobrego z tego nie wyjdzie. Macie mocne nerwy? Ok. A więc musicie wiedzieć (jeśli jeszcze tego nie wiecie), że podobno polski Fashion Week… Umarł! Odszedł od nas bez pogrzebu, a towarzyszył mu tylko szum słów wypranych z wszelkiego zrozumienia. Jest to o tyle szokujące, że jakimś cudem ten uśmiercony przez znudzonych spekulantów byt ciągle dyszy. W końcu –  jeżeli nie byłem na Fashion Week’u, to gdzie spędziłem cztery dni? Może popadam w paranoję i stworzyłem sobie alternatywną rzeczywistość. Nie, aż tak źle nie jest. Są zdjęcia, mam dowody. Fashion Week się odbył. Plotki o śmierci są nieprawdziwe. Mogę zaświadczyć w sądzie.

Skoro mamy już pewność, że największa, polska impreza związana z modą ciągle żyje, trzeba wziąć jeszcze pod uwagę fakt, że w każdej plotce jest ziarenko prawdy. Być może żyje, ale toczy go jakaś straszna choroba, która prędzej czy później ten biedny Fashion Week pośle do piachu? Żeby postawić diagnozę, trzeba przeprowadzić badania. Wiadomo, że każdy organizm składa się z różnych organów i tak samo jest w przypadku FW. Wczoraj badałem OFFy i choć ich kondycja nie jest może kondycją doświadczonego maratończyka, to na pewno daleko jej jeszcze do śmierci. Dzisiaj przyjrzyjmy się sercu całego wydarzenia, czyli pokazom Designer Avenue, dzięki którym krew w żyłach krąży szybciej, walka o pierwsze rzędy nabiera sensu, a niektórym gwiazdom chce się przyjechać aż z dalekiej Warszawy.

Zapraszam na spacer po alei gwiazd. Będzie ostrzej niż w przypadku OFFów. Wychodzę z założenia, że DA zobowiązuje do wysokiego poziomu. Są to kolekcje zbudowane z wielu sylwetek i pokazane w realiach profesjonalnego wybiegu przed bardzo dużą publicznością. Tu nie ma miejsca na półśrodki.

Aha, i znów jeszcze mała informacja techniczna. Projektanci są podlinkowani – po kliknięciu zostaniecie przekierowani na stronę lub profil na FB. Zdjęcia są high-res. Po kliknięciu otworzy się większy obrazek z widocznymi detalami. Miłego czytania i oglądania!

Piątek. Monika Błażusiak

Pierwsza sekunda pokazu – widzę fryzurę modelki i nachodzi mnie szybka myśl: o, kopia z Alexandra McQueena. Kolejna refleksja – oj, nie będzie dobrze. Po jakimś czasie uświadamiam sobie, że skopiowanie hełmów ze spinek do włosów (które pojawiły się w pokazie jesień/zima 2011) okaże się najmniejszym problemem. To był tylko szczyt ogromnej, białej jak kolekcja Błażusiak góry lodowej, z którą przyszło nam się zmierzyć. Projektantka (albo stylista) postawiła na total-look. Białe ubrania, białe akcesoria na białym wybiegu. Białe szaleństwo!  Jest to pewnego rodzaju kontynuacja stylu Moniki Błażusiak, bo jej poprzednie kolekcje były dla odmiany całkowicie czarne. Być może wyczerpawszy tym razem kolor biały, za pół roku będziemy mieli okazję zobaczyć kolekcję zieloną. Skoro Picasso miał swoje kolorowe okresy, może je również mieć projektantka. Dzięki niej moja awersja do białych outfitów znalazła bardzo solidne uzasadnienie. Nie pomógł fakt, że kolekcja jest typowo zimowa i to, że pojawiają się w niej ciekawe detale – na przykład multiplikowane kołnierze, wielowarstwowość i porcelanowa biżuteria (która wyglądała na ekstremalnie niewygodną). Nie pomogło też to, że skóry, szyfon, wełna i dzianiny wyglądały na porządne. Nie potrafię się przekonać do tej kolekcji, bo pojawiło się w niej zbyt wiele elementów, których nie lubię i nie uznaję za estetyczne. Wydaje mi się, że motyw baskinki wyczerpał się kilka miesięcy temu i należy dać mu spokój na jakiś czas, a jeżeli chodzi o parzoną wełnę to uważam, że należy jej dać spokój na zawsze. Ubrania nie układały się idealnie, a kopiowanie pozornie prostej i ikonicznej sukienki Gucci (zaprojektowanej przez genialnego Toma Forda) nie jest proste i należy się dwa razy zastanowić przed dokonaniem takiej próby. Jeżeli miałbym szukać pozytywów, to największym z nich jest bardzo wyraźna inspiracja – przez większość sylwetek przewijał się motyw spękanego lodu. I tym właśnie jest kolekcja Moniki Błażusiak – stąpaniem po cienkim lodzie, czyli bardzo karkołomnym pomysłem.

Piątek. Jarosław Juźwin.

Na początku myślałem, że pokaz Jarosława Juźwina należy do tych, które albo się pokocha, albo znienawidzi. Później zacząłem analizować poszczególne elementy jego propozycji na jesień/zimę 2012/2013 i po skomplikowanym procesie myślowym doszedłem do dość wstrząsającego wniosku – projektant chciał mnie oszukać! Wykorzystał dobre sztuczki. Puścił skoczną muzykę, po czym wysłał na wybieg modeli i modelki w dzianych i wesołych ubrankach. We wszystkich kolorach tęczy! Mało kto ma w Polsce odwagę używać koloru (bo mało kto w naszym kraju potrafi to zrobić to dobrze). Myśl, że modą można się bawić większość naszych projektantów już dawno wyparła ze świadomości. Na podstawie tych faktów wymyśliłem sobie teorię, że Jarosław Juźwin chciał zrobić wszystkim na przekór, dlatego stworzył kolekcję zabawną, ironiczną, naiwną, bardzo kolorową, czyli mocno „funky”. I w tym przekonaniu trwałem aż do dzisiaj. Po czym nastąpił moment krytyczny – po kolejnym przejrzeniu zdjęć doszedłem do wniosku, że ta kolekcja jest trochę zbyt intensywna, a to co początkowo brałem za uroczą naiwność jest jednak zbyt pretensjonalne. Nie twierdzę, że jest to zła kolekcja. Fasony na pograniczu sportowego casualu na pewno nadają się do noszenia na co dzień. Sylwetki były ładnie wystylizowane, a włosy i make-up pasowały do całości. Jednak w tym gąszczu wesołych ubranek zabrakło ubrań. Bardzo doceniam próbę wykorzystania idei color-blocking i odwagę, żeby nie powiedzieć brawurę, niektórych pomysłów (na przykład wełnianych, grubo dzianych spodni). Jest to z pewnością ciekawa metoda na ożywienie polskiej szaro-burej mody i za to należy się projektantowi uznanie. Z chęcią zobaczę kolejną kolekcję, bo coś mi mówi, że Jarosław Juźwin będzie chciał podążać swoją niepokorną drogą. Na koniec chciałbym się tylko zapytać, czemu projektant zrobił tak ogromną krzywdę Ilonie Felicjańskiej. Jeżeli do pokazu zaprasza się gwiazdę, to przecież nie po to, żeby ją ośmieszyć…

Piątek. TOMAOTOMO by Tomasz Olejniczak.

Tomasz Olejniczak jest projektantem, który (jak sam twierdzi) „poszukuje modernistycznego kształtu w połączeniu z utęsknionym klasycznym brzmieniem mody”. Przedstawia siebie również jako piewcę kobiecego piękna, a swoje projekty jako drzwi do „imaginarium współczesnego ubioru”. Przyznaję, że brzmi to bardzo ładnie, niemal wzruszająco. Co prawda zazwyczaj tego typu deklaracje mnie nie przekonują, bo nie przepadam za dorabianiem niepotrzebnej ideologii do dość przyziemnej sprawy, jaką jest moda. A już na pewno nie lubię szafowania określeniem „haute couture”, bo w Polsce projektantów haute couture nie ma i jeszcze długo nie będzie. No ale cóż, inspirację można czerpać zewsząd, a mierzenie wysoko dowodzi dużych ambicji. Dobrze jest mieć duże ambicje, ale jeszcze lepiej mieć świadomość swoich ograniczeń. Niestety nie jestem pewien, czy na ostatnim FW Tomasz Olejniczak wywiązał się ze wszystkich swoich wygórowanych zobowiązań. Szukam jednego słowa, które jest w stanie opisać kolekcję i jedyne, co mi przychodzi do głowy to „nuda”. Projektant pokazał szereg ładnych i banalnych strojów, które w jakiś sposób korespondują z jego wizją kobiety. Było seksownie, estetycznie i klasycznie. Nie zobaczyłem żadnego poszukiwania nowych form, absolutnie nic, czego wcześniej nie było. Kolorystyka jest typowo zimowa – śliwka, granat, ożywione czerwienią i cekinami. Z deseni pojawiła się krata (na przykład w dość ciekawym połączeniu z cekinowym topem). Uzupełnieniem stały się zimowe akcesoria – nauszniki, mufki i leg warmers’y. Jeżeli miałbym poszukać czegoś co mi się na prawdę podobało, to będzie to kurtka szyta na bejsbolówkę. Największa wpadka? Ograniczająca ruchy sukienka, w której modelka szła powolnym krokiem gejszy. Niestety, modelka całą swoją osobą, ruchami i mimiką dawała nam wyraźnie do zrozumienia, że chciałaby z tej sukienki jak najszybciej wyskoczyć. Wątpię, czy wyidealizowana kobieta Olejniczaka powinna tak reagować na jego kreacje.

Piątek. Berenika Czarnota.

Przyznam się od razu – bardzo lubię twórczość Bereniki Czarnoty! Jest to jedna z niewielu projektantek, gdzie intryguje mnie nie tylko efekt, ale i sam proces twórczy. Bo w jej przypadku proces jest równie ważny jak efekt. Berenika jest znana ze swoich kunsztownych, ręcznie robionych swetrów. Na ich podstawie stworzyła tożsamość marki. Oczywiście, mogłaby się na tym zatrzymać i co sezon pokazywać nam kolejne, bajeczne dzianiny w coraz to innych odsłonach. Mogłaby, ale tego nie robi. I całe szczęście, bo Berenika równie dobrze radzi sobie z tkaninami. Oprócz standardowych wełnianych kreacji w kolorach od ciepłego oranżu aż po chłodne szarości zobaczyliśmy sukienki i płaszczo-narzutki. Kolekcja nie wygląda na perfekcyjnie spójną. Podobno inspiracją była walizka spakowana na każdą ewentualność. Przyznam, że sam bym się tego nie domyślił, ale to wytłumaczenie sprawia, że kolekcja ma inny, nieco bardziej konsekwentny wydźwięk. Swetry jak zawsze były piękne, a część fasonów ocierała się o unisex, ale to ciągle za mało – czuję niedosyt, bo nadal marzą mi się męskie modele! Nie była to kolekcja typowo zimowa i to też jest minus. Stylizacje, mimo że ciekawe, były jednak zbyt letnie. Fryzury, make-up i head-dressy ładnie współgrały z zaprezentowanymi sylwetkami. Z przykrością muszę przyznać, że dużo większe wrażenie zrobiła na mnie kolekcja na zimę 2011 –  “Between Heaven And Earth” z lisimi maskami. Zastanawiam się czy w tym przypadku jest to kwestia gustu. Mam nadzieję, że nie, bo recenzując kolekcje staram się zawsze zminimalizować myślenie „to bym założył a tego nie”. Wychodzę z założenia, że opieranie się tylko na własnej estetyce jest złym podejściem. Oczywiście gust to ważny czynnik, ale nie zawsze powinien być weryfikujący. Ciężko mi się przyznać do tego, że czuję rozczarowanie. Jest to idealny przykład na to, że kiedy lubi się jakiegoś projektanta i śledzi jego poczynania, pojawiają się również emocje. Mimo wszystko jestem przekonany, że w przyszłym sezonie Berenika znowu wróci do maksymalnej formy.

Piątek. Piotr Drzał.

To była pierwsza kolekcja na Designer Avenue, po obejrzeniu której wiedziałem, że muszę iść na backstage i wsadzić nos w każdy rękaw, dekolt i nogawkę. Mam teraz tak wiele pozytywnych skojarzeń i myśli związanych z tym pokazem, że najzwyczajniej w świecie nie wiem od czego zacząć. Patrzę w swoje notatki i widzę hasło „detal!”. Tak, Piotr Drzał to mistrz detalu. Jego ubrania są pod tym względem maksymalnie dopieszczone. Zapięcia w dwurzędowych koszulach, kołnierze, futrzane aplikacje, printy, pikowania i odcięcia. Niektóre szczegóły są widoczne na pierwszy rzut oka, inne bardziej poukrywane. Wszystkie niezwykle ciekawe i urzekające! Kolekcja jest utrzymana w klimacie wyważonej nonszalancji i niezobowiązującej elegancji. Wszystkie sylwetki były idealnie wystylizowane tworząc spójną, konsekwentną i bardzo estetyczną kolekcję. Co ważne i rzadkie w przypadku wybiegowych looków – da się je w całości przenieść na tak zwaną ulicę. Ubrania Piotra oddychają, dzięki temu można je łączyć ze sobą nie tworząc jednocześnie wrażenia, że jest się przestylizowanym. Kolorystyka jest bardzo zimowa – srebro, czerń, brudny błękit i brąz Mój ulubiony model? Pikowana bluza i srebrne koszule – rewelacja. Minusów nie stwierdziłem. Nie ma sensu się więcej rozwodzić na temat kolekcji Piotra Drzała. Trzeba oglądać, zamawiać, kupować i nosić z dumą, że mamy tak świetnych projektantów w Polsce!

Piątek. Orsay.

W wielkim skrócie, bo nie pojechałem na FW, żeby oglądać sieciową modę. Dla marki Orsay projektuje teraz Berenika Czarnota. Było to widać na pokazie, bo kolekcja była nadzwyczaj dobra, jak na możliwości i styl tego brandu. Część looków była odszyta specjalnie na potrzeby pokazu i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że było to ładne i spójne danie podane w uroczej oprawie z baniek mydlanych, które wypełniły całą halę.

(z jakiegoś powodu Fashion Week nie zamieścił zdjęć z tego pokazu na FTP)

Piątek. Agata Wojtkiewicz.

Styl Agaty Wojtkiewicz nie jest spełnieniem moich marzeń o wyjątkowej modzie. Projektanta porusza się w przestrzeni koktajlówek, mody ślubnej i sukni wieczorowych. Zazwyczaj wiąże się to z dużą ilością satyny, draperii i upięć, a taka moda rzadko mnie intryguje. Tym razem jednak jest trochę inaczej. Propozycja Wojtkiewicz na nadchodzący sezon jesienno-zimowy to miks kilku całkiem ciekawych pomysłów. Przede wszystkim bardzo fajny print w kolorze szarości i toksycznej, neonowej zieleni. Bardzo trudny kolor, który został użyty w świetny sposób. Kolorystyka jest dość zróżnicowana, najbardziej spodobała mi się szafirowa zieleń i morski błękit. Do tego wszechobecna czerń. Fasony w większości są dokładnie takie, jakich można się spodziewać po projektantce wieczorowej mody. Dużo zwiewnych szyfonów i błyszczących satyn. Po materiałach wykorzystanych w kolekcji widać, że są bardzo wysokiej jakości. Ostrości dodały skórzane rękawiczki do łokcia, a także płaszcze i kurtki o mocnych fasonach, lekki powiew romantyzmu to moherowe, opływające swetry. Kolekcja jest zróżnicowana i zbudowana na zasadzie kontrastu – miękkość vs. ostrość. Pomysł i realizacja na bardzo dobrym poziomie.

Sobota. Grome Design.

Kolejna marka, której stylistyka leży dość daleko od mojego poczucia estetyki. Jest to też tysięczna marka, która komunikuje swoje kolekcje jako „kierowane do pewnych siebie, aktywnych kobiet, które lubią bawić się modą. Marka łączy casual z elagancją”. Gratuluję unikalnego podejścia i po raz kolejny zadaję pytanie – czy nie ma już na tym świecie kobiet delikatnych, wstydliwych i nieśmiałych..? A jeżeli są to skąd biorą ubrania? Z Caritas Polska? A może nie wychodzą z domu… Jeżeli takie jesteście, to nie kupujcie w Grome Desing. Ta marka nie jest dla was! A teraz zastanówmy się, jak właściwie wygląda kobieta pewna siebie, aktywna i lubiąca bawić się modą, czyli kobieta, którą Natalia Grott-Mess chce ubierać. Na podstawie ostatniego pokazu mogę stwierdzić, że owa kobieta zakłada okropnie nudne ciuchy. Gorzej, czasami przybiera postać „kobiety ziemi” spowitej w brązy, która zasłania się wielką tubą i filuternie wystawia jedno ramię. Kolekcja Grome Design jest niby zimowa, ale jakoś nie do końca. Niby zdecydowana, ale jednak mocno naiwna. Jest mdła, nudna i mało zaskakująca. Co z tego, że sylwetki są harmonijne, kiedy wykończenia pozostawiają dość dużo do życzenia. Gra w kontrast błysku i matu też nie jest już ekscytująca. Zabrakło zarówno mocnej inspiracji jak i motywu przewodniego – kolor to zdecydowanie za mało, żeby spiąć kolekcję w całość. Grome Design ewidentnie poszło w „ilość” przedstawiając ogromną ilość sylwetek. Następnym razem, jeżeli mogę coś doradzić, lepiej zrobić mniej, a lepiej.

Sobota. Nenukko.

Zacznę od małej anegdoty. Na pół godziny przed pokazem poszedłem odwiedzić dziewczyny na backstage’u. Widok był zaskakujący. W tak nerwowym momencie, na chwilę przed wypuszczeniem modelek na wybieg, projektantki nenukko z uśmiechem na twarzy siedziały po turecku na podłodze i ze stoickim spokojem czekały na swoją kolej. Ich spokój, pogoda ducha, dystans i prostota są podstawą marki, co widać zarówno w ich zachowaniu, jak i w projektach. Nenukko narzuciło sobie bardzo duże restrykcje w kreowaniu kolekcji. Materiały, z których korzystają, są wegańskie – żadnych skór, futer, absolutnie nic pochodzenia zwierzęcego. Paleta kolorystyczna jest zawsze do bólu oszczędna. Taki styl można nazwać „współczesną ascezą”. Wyobrażałem sobie, że ciężko jest wymyślać nowe kolekcje w tak ograniczonych warunkach. Byłem w błędzie. Nenukko udowadnia, że to, co pozornie je ogranicza tak na prawdę jest niewyczerpanym źródłem pomysłów i inspiracji. W kolekcji na jesień/zimę pojawiają się nowe materiały – czesana wełna (oczywiście syntetyczna i świetnej jakości) i dość grubo tkany sztruks. Kolekcja składa się z elementów które bardzo lubię. Sylwetki są zabudowane i wielowarstwowe. Pojawiają się asymetryczne zapięcia i dużo poziomych linii, które w ciekawy sposób modyfikują sylwetkę. Do tego świetne koszule i rewelacyjne akcesoria. Kolorystyka została rozwinięta o bardzo ładne odcienie brązu, beżu i rdzy, co widać szczególnie dobrze na melanżowych swetrach. O nenukko mogę pisać bez końca, bo jest to projekt, któremu niezmiennie kibicuję. Projektantki mają bardzo jasno wytyczoną drogę, którą konsekwentnie podążają. Wykreowana przez nie estetyka sprawia, że ciężko nenukko pomylić z innym brandem. A co najważniejsze – nenukko nieustannie się rozwija i z kolekcji na kolekcję przedstawia coraz dojrzalsze propozycje co sprawia, że już się nie mogę doczekać kolejnego sezonu!

Aha, fryzury do pokazu wykonała Jaga Hupało, były rewelacyjne!

Sobota. Bizuu.

O tym pokazie szybko i na temat. Falbanki, żakieciki, bufki. Słodko, naiwnie, dziewczęco. Proste stylizacje ratowały przesłodzony klimat sukienek niebezpiecznie kojarzących się z japońskimi lolitami. I jeszcze jedna ciekawostka – Bizuu zgarnęło największe owacje w trakcie Fashion Weeku wykorzystując do tego celu uroczą dziewczynkę, która wzięła udział w pokazie. Bizuu pyta – Do you? A ja odpowiadam – No, thanks!

Sobota. Ptaszek for Men.

Monika Ptaszek ma w głowie fantastyczną wizję mężczyzny. Elegancki, lekko awangardowy, męski. Nic, tylko się zakochać! Facet, którego ubiera Ptaszek (swoją drogą, jak to brzmi!) jest tak pewny swojej męskości, że może sobie pozwolić na szczyptę szaleństwa – biżuterię, kamizelkę nabijaną nitami albo garnitur w dużą żółto-czarną kratę. Nie do końca przemawiają do mnie farbowanie tkanin i motyw czarnych zacieków. Rozumiem jednak, że taki był główny koncept kolekcji, szczególnie, że stylizacji dopełniały gumiaki. Pokaz był bardzo estetyczny, a kolekcja spójna i interesująca. Nic dodać, nic ująć. Good Job!

Ze względu na długość notki, w tym miejscu polecam wam zrobić sobie małą przerwę. Odpocząć, odetchnąć świeżym powietrzem. Wrócić za kilkanaście minut. 

Sobota. Michał Szulc.

Wysmakowany, oszczędny w formie, minimalistyczny. Taki jest Szulc (a raczej – kobieta Szulca) jesienią i zimą 2012/2013. Kolekcja jest spektakularna w swojej prostocie. Co ciekawe, jeszcze lepiej niż na wybiegu prezentuje się w kontakcie bezpośrednim, czyli (mówiąc kolokwialnie) w macaniu i dotykaniu! Po pokazie pobiegłem w podskokach na backstage i jakość odszyć naprawdę zrobiła na mnie kolosalne wrażenie. Bardzo wysoki poziom krawiectwa widać w każdym detalu – w perfekcyjnych szwach, łączeniach dzianin wykonanych tak kunsztownie, że prawie niewidocznych i świetnych konstrukcjach. Pokaz Michała był chyba najbardziej obleganym wydarzeniem na tegorocznym Fashion Weeku – sala pękała w szwach. Michał jest też jednym z niewielu projektantów, którego na wybieg przywołały gromkie brawa. To jest moda, z którą naprawdę chce się obcować – bardzo wymagająca i wbrew pozorom trudna. Ubrania na takim poziomie łatwo zepsuć nieumiejętną stylizacją czy niepotrzebnymi dodatkami. Dlatego wybiegowe looki były bardzo oszczędne – proste, lekko niedbałe fryzury i minimalny makijaż. Projektant postawił na gładkie plamy kolorystyczne: złoto, brudny błękit, zieleń, beż, czerń i szarość. Do tego dodał skórzane wykończenia – na ramionach, lamówkach dekoltów, kieszeniach lub w formie prostych aplikacji. Część sylwetek była odszyta z materiału w geometryczny, czarno-biały deseń. Obłędny! Proste dzianiny zostały urozmaicone drapowaniami i nabudowaniem warstw. Były to zaskakujące, ale jednocześnie proste pomysły. Dalej? Proszę bardzo – tuniki z koszulowym dołem. Kolejny dowód na to, że proste pomysły to najlepsze pomysły. Po pokazie, kiedy rozmawialiśmy o kolekcji Szulca niektórzy zastanawiali się nad sensem czerwonego koloru, który pojawił się w kilku sylwetkach. Dla mnie kolekcja Michała jest kolekcją skończoną i całkowicie świadomą. Nie było w niej żadnego zbędnego elementu ani niczego w niej nie brakowało. Wielkie brawa!

Sobota. MMC.

Jedna z najbardziej zimowych kolekcji na ostatnim FW. Wiem, że jestem totalnie nudny w ciągłym szukaniu obecności sezonu (a raczej jego braku) w kolekcjach polskich projektantów. Do tego tematu wrócę zresztą ze zdwojoną siłą w przypadku pewnego niedzielnego pokazu, który dosłownie zwalił mnie z nóg. Ale to jeszcze przed nami. Pokaz MMC okazał się jednym z większych sukcesów tej edycji. Kolekcja jest mocna, drapieżna (a nawet agresywna) utrzymana w świetnej, czarno-srebrnej kolorystyce. Znalazły się w niej wszystkie elementy, które powinny się znaleźć w zimowej kolekcji – ciepłe płaszcze, puchówki, futro, wełna, pikowania. Nic w tym dziwnego, bo ilość sylwetek była ciężka do zliczenia. Płodność duetu MMC nie zna granic – i całe szczęście, bo ich kreatywność również jest ogromna. To połączenie sprawiło, że pokaz się nie nudził nawet przez chwilę. Warto zauważyć, że był to jedyna kolekcja zaprezentowana w trakcie polskiego tygodnia mody, którą projektanci uatrakcyjnili chociaż odrobiną scenografii. Wejście na wybieg było ozdobione reflektorami, które tworzyły ciekawą i interaktywną kompozycję. Mnie zachwyciło bardzo współczesne podejście MMC do mody. Bez ukrytych kompleksów, odważne, bezkompromisowe i nowoczesne. Elementy takie jak dżinsy w najróżniejszych odsłonach (od inspirowanych bryczesami aż po mocno pankowe klimaty przetarć i dziur) sprawiły, że kolekcja zyskała bardzo komercyjnego sznytu. Widać, że nikt tu nie uprawia „sztuki dla sztuki”, ale tworzy ubrania, którymi można zapełnić butik na prawdziwie światowym poziomie. Mnie najbardziej spodobały się futrzane detale – ogromne rękawy i bardzo ciekawe połączenia dwóch rodzajów futer. Pojawiła się też jedna całkowicie czarna sylwetka, która zdobyła moje serce. Inspirowana trochę Annie Hall (ale w bardziej nowoczesnej wersji) – szerokie, proste spodnie mocno wytaliowane paskiem i wkasana koszula. Jest to kwintesencja eleganckiej nonszalancji. Potencjalne klientki Grome Design powinny skierować się właśnie do MMC. Patrząc na ich kolekcję widzę „pewne siebie, aktywne kobiety, które lubią bawić się modą”. Na koniec pokazu, niczym wisienka na torcie, pojawiła się Joanna Horodyńska. Trochę onieśmielona wdzięcznie przemknęła przez wybieg. MMC nie mogło wybrać lepiej, bo Joanna świetnie wygląda na wybiegu i powinna być wyznacznikiem gwiazd, które projektanci chcą zapraszać do takich akcji.


Sobota. NuNo Gama.

Pokaz gościnny, a ja tu przecież chcę pisać o polskiej modzie. Krótko mówiąc – porządna męska kolekcja i mnóstwo śmiechu na pokazie. Modele mieli pod nosem zawiązane czekoladowe wąsy, które bezwstydnie oblizywali patrząc się jednocześnie widzom prosto w oczy. Połowa publiczności pospadała z krzeseł. Byłem w tej połowie. ;)

Niedziela. Ewelina Klimczak.

Kolejna poprawna kolekcja, która nie wzbudziła większych emocji. Dość minimalistyczna i lekko futurystyczna, o ograniczonej kolorystyce i nie do końca pochlebnych fasonach. Czerń, opalizująca biel, brązy stały się podstawą dla dyskretnych detali – poziomych pikowań, plis, zakładek, drapowań, aplikacji z patchworku, podwójnych klap. Całość została ożywiona kwiatowymi printami (bardzo ładne!) i ciekawą biżuterią. Fatalne okazały się odszycia – sukienki miały za wysokie wcięcia, przez co mogliśmy zobaczyć bieliznę modelek w sytuacjach, w których nie powinno było jej widać, a płaszcze miały źle odszyte doły i wyłaziła z nich podszewka. Niechlujności nic nie usprawiedliwia.

Niedziela. Łucja Wojtala.

Polska królowa dzianiny i deseni została w tej edycji skonfrontowana ze złośliwością rzeczy martwych. Będzie to parszywe co powiem, ale pech Wojtali stał się przyczyną mojego szczęścia. Ekran, który odmówił współpracy na godzinę, pozwolił mi wygodnie ułożyć się na najwyższej trybunie i zdrzemnąć. Po drzemce człowiek wstaje z lepszym humorem, więc siłą rzeczy miałem w sobie dużo dobrych emocji. Łucję Wojtalę cenię za niewiarygodną wręcz wyobraźnię przy projektowaniu dzianin. Co prawda jej kolekcje są zazwyczaj bardzo podobne, ale ma to zarówno swoje plusy, jak i minusy. Plus to z pewnością rozpoznawalność – jej dzianiny są tak charakterystyczne, że nie sposób ich pomylić z innymi. Minusy? No cóż, staje się ofiarą zarzutów o wtórność i nudę. Całe szczęście projektantka postanowiła wszystkim pokazać, że nie stoi w miejscu i szuka nowych rozwiązań. Z nowości mieliśmy ciekawsze i bardziej unikalne formy. Dużo więcej pracy ze strukturą dzianiny, a nie tylko z jej wzorem. Oczywiście, desenie są jak zawsze na najwyższym poziomie – mnie szczególnie spodobały się te lekko trójwymiarowe z motywem przestrzennego kwadratu. Kolekcja nie ma stałej kolorystyki. Pojawia się mnóstwo kolorów w mniej lub bardziej intensywnych odcieniach. I bardzo dobrze, ciągle brakuje nam barw, więc jeżeli ktoś ma ochotę ich używać – nie będę tego negować. Ubrania Łucji Wojtali są pięknie uszyte. Desenie przylegają do siebie idealnie na szwach i genialnie układają się na sylwetce. Jest to bardzo udana kolekcja. Tak. Lubię Łucję Wojtalę i nadal jest mi głupio, że tak się cieszyłem z problemów, które musiały jej dostarczyć sporo stresu! Ale jak to mówią – nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.


Niedziela. PITCHOUGUINA.

Projektantka kryjąca się za tym niezwykłym nazwiskiem to ciekawa osoba, której prace śledzę już od jakiegoś czasu. Tym razem Pitchougina otworzyła lekko zakurzoną szufladę z pamiątkami. Od bardzo dawna nikt tam nie zaglądał. Co znaleźliśmy w środku? Pożółkłe fotografie, zaschnięte kwiaty, koronki, skrawki materiałów, wstążki, wspomnienia i stary drewniany grzebień. W trakcie pokazu miałem wrażenie, że widzę coś bardzo osobistego, niemal intymnego. Wydawało mi się, że projektantka włożyła w te ubrania wiele czasu i serca. Rzadko mam okazję oglądać coś tak unikalnego w polskiej modzie. Przyznaję, że jest to dość trudny temat. Moda wyciszona, kameralna, stworzona dla bardzo wąskiego grona odbiorców. Tu nie ma sensu mówienie o trendach czy standardowych wytycznych, które można zastosować w przypadku większości projektantów. Gdybym oglądał ten pokaz na OFFie z pewnością podobałby mi się dużo bardziej. Kolekcja jest jednak zbyt naiwna jak na warunki Designer Avenue a jasne światła i biały wybieg odarły ją z magii. A szkoda. Na koniec powiem tylko, że nadal będę obserwować tę projektantkę, bo wiem, że jeszcze nie raz i nie dwa mnie zaskoczy swoim niebanalnym podejściem do mody.

Niedziela. Viola Śpiechowicz.

Wracamy do tematu-rzeki, czyli sezonowości polskich kolekcji. Nie jest to jedyny powrót, bo również sama projektantka, która sprowokowała tę dyskusję, wróciła po dość długim okresie nieobecności na rynku. Nie wiem kto (lub co) oderwał Violę Śpiechowicz od pracy z indywidualnymi klientkami na rzecz tak szalonego pomysłu jakim była kolekcja, którą obejrzeliśmy na Fashion Week’u. Ciągle nie mogę znaleźć słów, żeby opisać to, co zobaczyłem. Najprawdopodobniej projektantka spędziła ostatnie lata w strefie tropikalnej, robiąc co jakiś czas wypady do Indii, Japonii i innych egzotycznych krajów. Być może na pokazie mody w Los Angeles kolekcja sprawdziłaby się idealnie. W Polskich realiach tabun orientalnych księżniczek z aplikacjami z dżetów to pomysł co najmniej abstrakcyjny i nietrafiony. Kilka modeli mogłoby się jeszcze obronić, gdybym został poinformowany, że oglądam pokaz mody plażowej. Na Fashion Weeku, który zapowiada kolekcje na jesień i zimę takie wydarzenie jest tylko i wyłącznie pomyłką. Zresztą zdjęcia mówią same za siebie.

Niedziela. Wiola Wołczyńska.

Wiola Wołczyńska to dla mnie pewniak. Przewidywałem, że pokaże kolekcję, która mnie nie zawiedzie i tak właśnie było. Wiedziałem też, że nie pokaże kolekcji, która mnie  zachwyci totalnie, ale to też nie było wielkie zaskoczenie. Jest to kolejna projektantka, która wytworzyła swoją własną estetykę, w której czuje się dobrze i bezpiecznie. W jej kolekcjach nie widać wielkich eksperymentów, ale porządne podejście do tematu i ciekawe inspiracje, które przerabia w charakterystyczny dla siebie sposób. Jest to moda, na którą miło się patrzy. Tym razem inspiracją stały się lata 20., 30. i 40. (tak to przynajmniej postrzegam) w bardzo interesującej reinterpretacji. Typowe fasony dla tych lat – opuszczone talie i marszczenia, opływające linie w sukienkach, spodnie z podwyższonym stanem szyte na męską modłę (które elegantki z lat 30. wprost uwielbiały), żakiety i marynarki. A do tego charakterystyczne toczki zmieszane z czapką pilotką i skórzane płaszcze – czyli taki militarny wkręt, który dodał stylizacjom wyrazu. Bardzo ciekawym dodatkiem stały się ogromne rękawice. I chociaż zabrakło mi jakieś mocnego koloru, który ożywiłby całość to nadal uważam, że kolekcja Wioli należy do udanych.

.


Niedziela. Annette Görtz.

Nie znam tej zagranicznej projektantki i nie zamierzam nadrabiać zaległości. Jej pokaz skutecznie mnie do tego przekonał.

Niedziela. Natalia Jaroszewska.

Natalia Jaroszewska ma chyba fobię na punkcie mocnych kolorów. Na jej ostatnim, jubileuszowym pokazie w warszawskim Vitkacu obejrzałem rewię wszystkich odcieni beżu, jakie istnieją na tym świecie. Na Fashion Weeku było podobnie, ale nie widzę powodu, żeby to krytykować. Projektantka ma ugruntowaną pozycję w polskiej modzie. Z góry było wiadomo, czego można się po niej spodziewać i moim zdaniem spełniła oczekiwania jakie w niej pokładano. Kolekcja co prawda mało zimowa, ale estetyczna, z pewnością trafi w gust grupy kobiet, do której Natalia Jaroszewska kieruje swoją modę. Porządne materiały, dobre odszycia. Widać tutaj doświadczenie i pewność siebie. Czy mi się to podobało? Nie musiało. Żyjemy w innych bajkach.


I w ten sposób mamy wszystkich. Jeżeli udało wam się przebrnąć przez wszystkie opisy to szczerze gratuluję. Powiem wam tylko, że wysiłek, który trzeba włożyć w czytanie recenzji kolekcji jest absolutnie nieporównywalny do wysiłku, który trzeba włożyć, żeby je wszystkie obejrzeć i przeanalizować. O tym będzie jednak w trzeciej i (chyba) ostatniej notce w której podsumuję całe wydarzenie. Postarm się też przedstawić wyniki moich badań i odpowiedzieć na pytanie, czy Fashion Week żyje, kona czy właściwie już umarł… Stay tuned!

Tobiasz Kujawa, tobiasz.kujawa@fashionmagazine.pl 

PS KOREKTA! Miss Marta Mitek, wróżka przecinkowa!

PS2 – Zdjęcia ilustrujące tekst – dzięki uprzejmości FashionPhilosophy Fashion Week Poland

Fashion Week – vol. I – OFF’owo i na 100%.

April 24th, 2012 § 16 Comments

Jest poniedziałek, godzina 21. Właśnie wypakowałem walizkę, z którą na dzień przed wyjazdem do Łodzi stoczyłem kilka dość poważnych starć. Okazało się, że owa walizka bezczelnie postanowiła mieć ograniczone miejsce. Była to podłość z jej strony, bo mam dość spory problem z decyzyjnością. Jedni mają ataki paniki przed wizytą u dentysty, a inni – przed pakowaniem się. Ja należę do tej drugiej kategorii. Po czwartym podejściu, dwóch drinkach i rozpaczliwym telefonie do przyjaciółki, niewdzięczny przedmiot martwy pękał w szwach i wyglądał, jakby miał za sekundę wybuchnąć. W szale dopychania kolejnych ubrań straciłem rozeznanie, co właściwie jest w środku nie wspominając o tym, że musiałem użyć obcęgów, żeby dopiąć suwak. Z tą tykającą, tekstylną bombą i głową pełną bardzo mieszanych myśli pojechałem w czwartek rano do Łodzi. Nadal nie byłem pewien, czy na pewno spakowałem skarpetki, po co zabrałem żelazko i czy w hotelu będą mieć kombinerki, których oczywiście zapomniałem. No i oczywiście czy wybór lektury do pociągu był na pewno trafiony. Chciałem zaszpanować i wziąć „Ulissesa” Jamesa Joyce’a, ale stwierdziłem, że i tak nikt przy zdrowych zmysłach w to nie uwierzy, więc wybór padł na Muminki…

Czemu pojechałem już w czwartek, a nie jak większość szanujących się dziennikarzy – dopiero w piątek (albo i sobotę)? Powód jest prosty – zawsze zakładam, że zobaczę wszystkie pokazy. A pokazy w strefie OFF Out Of Schedule zaczynają się właśnie w czwartek. Proste. Ponieważ nie sposób opisać czterech dni w jednej relacji, postanowiłem podzielić ją na dwie (a może i trzy) części. Dziś skoncentruję się właśnie na pokazach offowych i luźnych refleksjach treści rozmaitej. Kolejna relacja będzie o pokazach na Designer Avenue i organizacji całego przedsięwzięcia. Na trzecią, czysto hipotetyczną mam aż za dużo pomysłów, więc na razie nic nie zdradzam.

Aha, i jeszcze mała informacja techniczna. Projektanci są podlinkowani – po kliknięciu zostaniecie przekierowani na stronę lub profil na FB. Zdjęcia są high-res. Po kliknięciu otworzy się większy obrazek z widocznymi detalami. Miłego czytania i oglądania!

Czwartek. UDA-a

Pierwszy pokaz, który otwierał strefę OFF. Wiadomo, że nie jest lekko i przyjemnie być pierwszym. Generuje to sporo stresów, bo nigdy nie wiadomo, czy na pewno będzie dobra frekwencja. A puste krzesełka to zawsze spory cios dla projektanta. Całe szczęście (czy aby na pewno?) dla UDA-a pustych krzesełek na pokazie nie było. Niestety, na nasze nieszczęście, nie było też zachwytu. Ponieważ marka jest młoda podchodzę do tego projektu z pewną dozą wyrozumiałości. Jednak pewne rzeczy są niewybaczalne. Dekonstrukcja, na której opiera się cała koncepcja brandu to bardzo trudny temat. Między prawdziwą dekonstrukcją a przypadkowym zszywaniem kawałków tkanin jest ogromna przepaść. I niestety w jesienno-zimowej kolekcji UDA-a było widać głównie ową przepaść. Kolekcja składała się z sylwetek damskich i męskich, które w zamierzeniu projektanta miały być unisex. Było bardzo dużo nagości i źle pojętej awangardy. Standardowe „niewykończenia”, szwy na wierzchu, recycling – stały pakiet wielu młodych projektantów. Do tego banalna kolorystyka i fasony, które najpiękniejszą sylwetkę wykastrują z całej urody i wdzięku. Dopełnieniem były fryzury i makijaże inspirowane „sobotnim porankiem po intensywnej imprezie”. Całość zbyt oczywista i banalna. Dla mnie niestety NUD-a.

Czwartek. Monika Gromadzińska

Kolekcja dość spójna. Mało odkrywcza, ale mieszcząca się w kryteriach mody, którą ogląda się bez bólu zębów i zadawania sobie pytań ostatecznych typu „jaki to wszystko ma właściwie sens”. Bardzo mi się podobało wykorzystanie motywu diamentu, który pojawiał się w różnych odsłonach – jako element konstrukcji, detal lub aplikacja. Sylwetki były ostre i dobrze wystylizowane. Stonowane kolory stały się ciekawą bazą do komiksowych printów wykorzystanych w wykończeniach. Dopełnieniem pokazu były świetne wizualki i dość szalona muzyka przypominająca dźwięki jakie wydawał legendarny pac-man.

Czwartek. Joanna Startrek.

Warto zapamiętać to nazwisko i zacząć śledzić poczynania tej projektantki. Kolekcja, którą pokazała na Fashion Week’u to bardzo intrygująca zabawa z męską modą. Piękne fasony i ogromna ilość mniej i bardziej poukrywanych detali są wprost urzekające. Szczególnie kołnierze, wzory na koszuli, podwójne nogawki, skórzane wykończenia, rękawice i akcesoria. Reinterpretacja klasycznych, męskich form została dokonana w inteligentny i ciekawy sposób. Ubrania mimo lekko awangardowego charakteru w niczym nie tracą na swojej użytkowości. Całość została uspokojona stonowanymi kolorami – zieleń, biel, czerń, kamelowa żółć, brąz. Jedyne co mnie nie przekonało to pomysł noszenia płaszcza na gołe ciało. Prowokuje to niebezpieczne skojarzenia. Ale domyślam się, że był to celowy zabieg.

Czwartek. mart.adamiec.

Kolekcja podobno była inspirowana przyrodą. Niestety, efekt przypomina bardziej nieudaną wycieczkę do lasu. Coś pomiędzy świtezianką a topielicą na bagnach. Powtarzanie jednego fasonu w kilku wersjach kolorystycznych to modowy strzał w stopę przy tak małych kolekcjach. Zamiast wykorzystać potencjał dziesięciu looków widzimy jedną sukienkę w bardzo zbliżonych do siebie wariantach. Ręczne wykończenia tkaniny wypadły niestety bardzo naiwnie, a połączenia kolorystyczne można uznać za wyjątkowo nietrafione. Propozycja mart.adamiec nijak ma się do sezonu jesień/zima. Nie będę się jednak czepiać. Zgadzam się z projektantką – kobieta, która utonęła na bagnach, nie ma przecież problemu z niskimi temperaturami…

Czwartek – Ola Bajer 

Za samo nazwisko Pani Bajer ma u mnie dziesięć punktów na starcie! Jej propozycja to połączenie mody sportowo-casualowej z miejskim szykiem i odrobiną futuryzmu. Miejscami trochę zbyt „przebajerowane”, ale spójne i w ładnej (choć nudnej) kolorystyce. Na plus zaliczam całkiem ciekawe printy, które przypominały nałożone na siebie rastry. Kolekcja jest użytkowa, konsekwentna, całkiem dobrze odszyta i ładnie układająca się na sylwetce. Doceniam też odkurzenie trochę już zapomnianego motywu dwustronnych ubrań.

Czwartek – Ima Mad.

Kiedy czytam, że jakaś marka to „projekt eksperymentalny”, to odczuwam niepokój. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że eksperymenty w modzie są konieczne. Bez nich nie byłoby żadnej ewolucji. Jednak eksperymentowanie (niezależnie od dziedziny) należy do grupy „zwiększonego ryzyka”. Wiktor Frankenstein też eksperymentował i nie skończyło się to dobrze – bycie wizjonerem to nie jest lekki kawałek chleba. Trójka projektantów z Ima Mad z pewnością posiada jakąś wizję. Jednak ta wizja albo została źle zrealizowana, albo jest tak wizjonerska, że pozostaje poza zasięgiem moich możliwości intelektualnych. Największy z moich zarzutów to tkaniny. W czasie pokazu szelest materiałów technicznych był momentami nie do zniesienia i wywoływał prawdziwy dyskomfort. Jeżeli ubranie jest nieprzyjemne dla uszu, to boję się pomyśleć, jakie jest w kontakcie z ciałem. Na plus z pewnością można zaliczyć konsekwencję i spójność kolekcji, dość dobrą kolorystykę i jeden bardzo ładny żakiet z widocznym suwakiem. Stylizacji kompletnie nie rozumiem. Czarne, cmentarne kwiaty i sportowe buty? Na osłodę dodam, że choreografia pokazu należała do wyjątkowo udanych.

Piątek. Jakub Pieczarkowski

Zacznę od pretensji – Jakubie, to właśnie Ty poczyniłeś futro z taśmy magnetofonowej, za pomocą którego jeden z rodzimych fashionistów katował nas przez połowę Fashion Weeku. Kreacja na modelce i w sytuacji wybiegowej wyglądała ok, tym bardziej, że była to praca stworzona z duchem konkursu Re-Act. Jednak na tym panu wyglądała dramatycznie źle. Jeżeli je kupił – no cóż, stało się. Jeżeli mu je pożyczyłeś – nie rób tego więcej. Chyba, że weźmiesz odpowiedzialność za uszczerbki na zdrowiu psychicznym i kondycji naszych oczu. Abstrahując od tego jaki to ma wpływ na wizerunek Twojej marki…

…tym bardziej, że Twój ostatni pokaz był bardzo ciekawy. Totalny oversize i nabudowane formy stają się powoli znakiem rozpoznawczym Jakuba Pieczarkowskiego. I tak jak nie jest to zawsze moda do noszenia na co dzień to z pewnością jest to moda do oglądania. Ciekawe połączenia tkanin i faktur są bardzo widowiskowe. Spódnica à la Dior ze sztucznego futra wyglądała rewelacyjnie. Nie jest to jeszcze spełnienie marzeń i kolekcja tysiąclecia, ale posiada bardzo dużą wartość – wywołuje emocje i intryguje pomysłami. Jestem przekonany, że wiele z form, które widzieliśmy na pokazie może stać się bardzo dobrym punktem wyjścia do bardziej casualowych i codziennych propozycji. Po tym pokazie zdecydowanie czuję pozytywny niedosyt. Wielki plus za muzykę na żywo!

Piątek. Anna Dudzińska – dud-zin-ska

Kolejna inspiracja mokradłami. Jednak tym razem na nasze szczęście o wiele bardziej udana. Klimat pokazu był niezwykle depresyjny – modelki szły (wlokły się!) tak wolno, że można było usnąć, a muzyka co wrażliwszych mogła doprowadzić do próby samobójczej. Ofiar na szczęście nie było. Kolekcja Dud-zin-skiej jest organiczna i typowo zimowa. Charakteru dodaje jej lekko futurystyczny detal, który pojawia się w srebrnych wykończeniach i ożywia mocno ograniczoną kolorystykę. Jednak to nie detale były najbardziej intrygujące, ale piękne, zabudowane swetry z ciekawymi pleceniami i konstrukcjami. Generalnie ogromny plus za stylizację, sezonowość i fasony. Minusy? Przyznam, że mam spore obawy co do jakości wełny, z której zrobione były swetry. Innych przewinień nie stwierdziłem.

Piątek. Alexis & Pony

Kiedy myślę o tym pokazie rodzi się we mnie agresja. Rozpatruję to wydarzenie w ramach zamachu na moje życie. Pomysł był ciekawy, przyznaję. Na wybieg wjechało auto w chmurki, z którego (niczym w cyrku) wyleciało stadko modeli. Niestety, przez cały pokaz auto było na chodzie, a rura wydechowa była skierowana prosto w naszą stronę. Michał Zaczyński ceniąc swoje życie uciekł, Sara Łątkowska z ultrazurnal.pl zrobiła się zielona na twarzy, mnie zebrało się na wymioty. Podejrzewam, że mogłem z powodzeniem zwymiotować na wybieg i wszyscy by uznali, że to część tego przedziwnego performance’u, którego punktem kulminacyjnym był lap dance na masce samochodu w wykonaniu pani w masce świni. Totalny przerost formy nad treścią. Tym bardziej, że lwia część kolekcji (co natychmiast zauważyła ekipa Ultra Żurnal), którą oglądaliśmy, ma już swoje lata (dokładnie dwa, bo była pokazywana na Fashion’erze w 2010) więc jedyne, co chciałbym jeszcze wiedzieć, to na czym właściwie polega praca ludzi dokonujących selekcji na pokazy OFF. Tyle.

Sobota. Jarosław Ewert

Kicz kontrolowany. Bardzo ryzykowny temat, chyba nawet bardziej niż dekonstrukcja. Żeby sprawnie realizować estetykę na pograniczu kiczu trzeba mieć nie lada umiejętności. Brak równowagi sprawi, że zostanie sam kicz czyli w efekcie nie zostanie nic wartego uwagi. Jarosław Ewert chyba posiadł tę umiejętność. Złoto, czerwień, bogate printy, koronki i aplikacje z futra – wszystko to idzie w kierunku „carska Rosja”. Jednak działania na tkaninie i odrobina nonszalancji dodały tej kolekcji oddechu. Brakowało mi widocznej inspiracji i konsekwencji. Nie twierdzę, że kolekcja jest niespójna, bo posiada kilka elementów, które ją spajają. Jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że czegoś tam zabrakło. Podejrzewam, że ubrania wyjęte z kontekstu pokazowych total-looków obronią się i będą wdzięcznym uzupełnieniem bardziej stonowanych elementów garderoby.

Sobota. Paulina Plizga

Czemu tak mało?! Jestem całkowicie i bez pamięci zakochany w nowej kolekcji Pauliny. Projektantka konsekwentnie kontynuuje swój romans z patchworkiem. Jednak w każdej swojej kolekcji udowadnia, że temat jest jak studnia bez dna i zaskakuje mnie nowymi pomysłami. Tym razem zaskoczeniem były konstrukcje – bardziej geometryczne i mniej opływowe niż zazwyczaj. Formy i niezwykle kunsztowne połączenia materiałów są tak intrygujące, że ciężko oderwać od nich wzrok. Pokaz zostawił we mnie totalne uczucie niedosytu. Chciałbym więcej i więcej i jeszcze więcej! Minusy? Znowu mam mały problem z dodatkami krawieckimi – wolałbym metalowe suwaki zamiast plastikowych. Ale to takie marudzenie bardziej niż realny zarzut. Jeden z najlepszych OFFowych pokazów w tym sezonie (co staje się powoli regułą).

Sobota. Gregor Gonsior

Gregor Gonsior to projektant na swój sposób totalny, żyjący we własnym (dość unikalnym) świecie i całkowicie niepolski. Cenię go za to, że jego projekty są diametralnie inne od standardowych propozycji innych designerów. Bajka Gonsiora to moja bajka. Kolory, fasony, kobiecość i dokładnie ten rodzaj awangardy, który trafia prosto w moje serce. Czemu? Są to propozycje bardzo specyficzne ale jednocześnie całkowicie zdatne do noszenia. Oczywiście poza butami, które przerastają możliwości modelek, a co dopiero zwykłych śmiertelniczek. Ostatnia kolekcja Gonsiora to miks wielu bardzo popularnych trendów. Niekoniecznie aktualnych, ale w jego przypadku nie jest to aż tak ważne.  Kolekcja nie jest też spójna, nie widać w niej jednej, konkretnej inspiracji – myśli przewodniej. Są to po prostu pięknie odszyte i ładne rzeczy. A ja uwielbiam patrzeć na pięknie odszyte i ładne rzeczy!

Sobota. Maldoror

Byłem, ale nie widziałem. Maldoror nie lubi prostych rozwiązań, więc zamiast pokazu odbyło się coś w rodzaju prezentacji. Ponieważ nikt nie wiedział, że tak będzie, wszyscy zajęli pozycje dookoła „wybiegu”. Kiedy się okazało, że modele nie mają zamiaru się ruszać, nastąpił zmasowany atak publiczności. Ja niestety nie lubię (w sumie „nie lubię” to bardzo delikatnie powiedziane) przepychać się w tłumie, więc poszedłem na kawę. Że niby mało profesjonalnie? Myślę, że każda akcja rodzi reakcję. Moją reakcją jest po prostu brak reakcji.

W ten sposób mamy za sobą wszystkie OFFowe pokazy. Czas na wnioski! Na stronie Fashion Weeku czytamy, że OFF jest miejscem dla awangardy i dla debiutantów, którzy dobrze rokują na przyszłość i których warto przedstawić szerszej publiczności. Czy tak faktycznie jest? Myślę, że w sporej części tak. Moją opinię na temat poszczególnych marek już znacie. Łatwo można wywnioskować, że nie było wielkich zachwytów ani ogromnych odkryć. Kilkoro projektantów spełniło moje oczekiwania, ale raczej żadna kolekcja nie wzbudziła emocji „totalnych”. Za niektórych na pewno będę trzymać kciuki, bo widać, że mają dobre pomysły i podążają w ciekawym kierunku. Bardzo pozytywnym zaskoczeniem była przestrzeń, w której odbywały się pokazy. Poprzednia edycja straszyła nas okropnymi barierkami, w których wszyscy czuli się jak w klatce. Tym razem były ładne, czarne zasłony – bardzo udany pomysł. Kolejnym plusem była punktualność. Opóźnienia były minimalne i wszystko działało niemal jak w zegarku! Było to dla mnie ogromne, bardzo pozytywne zaskoczenie.

 Jednak pokazy w strefie OFF (i nie tylko, ale o tym następnym razem) to ciągle wiele dość istotnych mankamentów, które powracają niczym katar sienny każdej wiosny i przeziębienia każdej jesieni. Jakie są to grzeszki i przewinienia? Przede wszystkim – jakość materiałów. Dzianina lub materiał marnej jakości potrafią skutecznie zrujnować nawet najlepszy pomysł. Mankamenty w konstrukcji zawsze da się jakoś ukryć, chociażby stylizacją i dużą ilością szpilek. Jakość odszyć w trakcie pokazu jest widoczna tylko dla wprawionego oka. Ale tani materiał zobaczy każdy, nawet laik, który nie odróżnia weluru od welwetu i aksamitu. Oczywiście nie jest to spowodowane złą wolą projektantów, ale kondycją finansową. To jednak temat zdecydowanie na inną okazję. Kolejny mankament to całkowite (przepraszam za kolokwializm) olanie tematu sezonowości. Z mojej perspektywy jest to grzech kardynalny. Owszem uznaję marki lifestyle’owe, które nie wypuszczają kolekcji sezonowych. Co więcej – uważam, że jest to bardzo dobry pomysł na budowanie brandu. Ale nie jest to absolutnie materiał na pokazy na FW. Jeżeli ktoś neguje kanoniczny i ugruntowany wieloma dekadami system podziału na sezony to uważam, że nie ma dla niego miejsca na pokazach. Niech wystawia swoje rzeczy w strefie Showroomowej albo w Concept Store. Mógłbym się jeszcze dalej rozpisywać o małych problemach technicznych, o komunikatach puszczanych przez radiowęzeł, które nie dość, że ledwo słyszalne to przypominały jeszcze zapowiedzi, które słyszymy na peronach. Mógłbym, ale tego nie zrobię. Uważam, że progres w organizacji jest widoczny i to jest w tym wszystkim najważniejsze.

Na koniec chciałbym bardzo docenić pracę wolontariuszek i wolontariuszy pracujących przy pokazach. Jutro napiszę więcej na ten temat. Teraz tylko powiem, że wszyscy zrobili kawał dobrej roboty! Dziewczyny (i chłopaki też) –  jesteście super!

I tym optymistycznym akcentem kończymy sekcję OFF. Relacja z pokazów z Designer Avenue, reszta wniosków i przemyśleń już niedługo.

PS – Zdjęcia ilustrujące tekst – dzięki uprzejmości FashionPhilosophy Fashion Week Poland

PS 2 – Korekta jest autorstwa kochanej Miss Marta Mitek.

Tobiasz Kujawa – tobiasz.kujawa@fashionmagazine.pl

Zdjęcie by Harel. Jeżeli jej nie znacie (jakimś cudem) to koniecznie wejdźcie na jej bloga – prawdziwa publicystyka na najwyższym poziomie!

Coachella 2012 – najmodniejszy festiwal muzyczny

April 18th, 2012 § 1 Comment

Wszystkie polskie eventy modowe, festiwale i pokazy razem wzięte nigdy tak barwnie nie odzwierciedlają trendów w światowej modzie streetstyle’owej co doroczny… Coachella Music Festival. Na żadnym innym wydarzeniu tego typu nie spotkamy tylu artystów, muzyków, modelek czy aktorek co na kalifornijskim Coachella, otwierającym sezon ogórkowy letnich festiwali muzycznych.

Bilety na festiwal znikają w chwilę po rozpoczęciu sprzedaży, co nie dziwi, kiedy przekonamy się, jakie atrakcje przygotowują organizatorzy. Przez trzy weekendowe dni odbywa się masa indie koncertów, ale także imprezy typu pool party i wieczorne eventy modowe. Na wiele miesięcy przed wydarzeniem wszystkie blogi i platformy modowe rozpisują się na temat festiwalowych trendów oraz tego, jaką dietę zastosować, by uzyskać idealną sylwetkę i dobrze wyglądać w obowiązkowych szortach i krótkim topie. Tegoroczny festiwal Coachella, który odbył się w miniony weekend w upalnej Kalifornii, był niezwykle obfity w gwiazdy, nie tylko jako wykonawcy. Obok Radiohead, Snoop Dogg`a, Katy Perry, wśród festiwalowej publiki pojawiły się Diane Kruger, Kate Bosworth, Emma Watson, Jared Leto, a także wiele topmodelek – w tym polski akcent w postaci Kasi Struss.

Królował oczywiście wyluzowany styl boho rock, czyli połączenie estetyki romantycznej Florence Welch i frywolnej Rihanny. Moda festiwalowa nie tylko odzwierciedla istniejące już tendencje, ale też wyznacza nowe trendy w modzie ulicznej. Garderoba gwiazd na Coachella to stały temat nie tylko plotkarskich, ale też modowych pism i magazynów, kreujących gust odbiorców. A akcesoria? Obok nieodłącznych kapeluszy i okularów chroniących przed silnym kalifornijskim słońcem, niezbędne w ekwipunku fashion-festiwalowicza są odpowiednie buty. Tym razem klasyczne sandałki ustąpiły miejsca tzw. sneaker wedges projektu Isabel Marant. Ciekawe, jak na tym tle wypadną polskie fashionistki na tegorocznym Open’erze.

Karolina Wilkowska

O sukienkach i kaskach ochronnych, czyli o pokazie PLICHA na wiosnę-lato 2012

March 28th, 2012 § Leave a Comment

O tym, że pokaz PLICHA miał się odbyć na 43. piętrze nieukończonego jeszcze wieżowca, wiedziałam wcześniej. Wiedziałam też, że wjazd na górę odbędzie się przemysłową windą, przez co jeszcze bardziej niecierpliwie wyczekiwałam eventu. Dopiero prawdziwy wjazd na górę i widok Warszawy poprzez żółte kraty z 25. piętra przypomniał mi, dlaczego będąc jeszcze w Paryżu nie odważyłam się wjechać na wieżę Eiffla. Piszę o widoku z 25. piętra, bo po prostu zdecydowałam się w tym momencie zacisnąć mocno powieki i starać się nie myśleć o tym, że niedługo przekroczymy wysokość Pałacu Kultury. I co z tego, skoro słuch nagle mi się nie wiedzieć czemu wyostrzył, a wyobraźnia zaczęła pracować jak nigdy dotąd.

Na 43. piętrze WIEJE. Naprawdę, można było poczuć się prawie jak w górach. Ponieważ pokaz miał się odbyć po raz drugi jeszcze wieczorem, próbuję sobie zanotować w pamięci, żeby napisać znajomym o zabraniu rękawiczek i wszystkiego, co wełniane i puchowe. Głupio by było przecież nie móc oklaskiwać pokazu, bicie brawa zamarzniętymi na kość dłońmi jest dość mało efektowne. A było po co, bo sama kolekcja była świeża i estetyczna. Projektant postawił na niezawodną klasykę w romantycznym i lekkim, niezobowiązującym wydaniu. Inspirowane sylwetką Elizabeth Taylor w Kleopatrze oraz osobą Piny Bausch, wysadzane cekinami stroje kąpielowe oraz długie, powiewające na wietrze jedwabne suknie wprowadzają troszeczkę zapomniany dziś klimat  swobodnej nonszalancji z dawnych lat. Wszystko jest dokładnie przemyślanie – miejsce, w którym tunika zaczyna przeradzać się w tajemniczy welon, pojedyncze kwiaty i inne wiosenno-letnie wzory w odpowiednich miejscach i w odpowiedniej dawce, nawet paleta kolorów została tak dobrana, aby każda kobieta, niezależnie od karnacji i upodobań, mogła znaleźć coś dla siebie. Czerwone drapowane sukienki interpretowano także jako te „orientalne”, a la japońska gejsza. Czy o to chodziło projektantowi-nie wiem, mogę tylko zapewnić, że się spodobały. Do tak kobiecych i śmiało można by powiedzieć – wręcz luksusowych kreacji (raczej trudno mi sobie wyobrazić, żeby panna w takich kreacjach zdecydowała się sama prowadzić auto lub, co gorsza, zadowalać się komunikacją miejską) stosunkowo łatwo dobrać makijaż i fryzury. Na szczęście ekipa nie zawiodła, bo kolorowe farby i pasemka, choć mało praktyczne, „odwaliły” kawał dobrej roboty. Show był, gadano później o nietypowych fryzurach. Albo raczej o tych częściach, które szczęśliwie wystawały spod kasku ochronnego. I tak dobrze, że był on w złotawym kolorze, który miał oddać luksusowy charakter inwestycji. Aż strach pomyśleć co by było, gdyby kaski zostały one pomalowane na mniej dosłowny kolor. Dopasowane garnitury i eleganckie, chciałoby się rzecz – szlachetne koszule także nie tworzyły spójnej stylizacji z nakryciem głowy – choć prawdą jest, że panowie zdecydowanie lepiej w nich wyglądali.

Tradycja (dość często zapominana) zaleca, aby pokaz zakończyć spektakularnym finałem. I tu należą się brawa – długa, jedwabna suknia z mieniącym się kołnierzem przypominającym wieniec z liści z pewnością zaskarbiła sobie sympatię gości. Szkoda było mi tylko modelki – naprawdę widać było dobrze jej gęsią skórkę, no ale dla Mody nawet halnego się zniesie. A widok na miasto był zdumiewający – nawet ze środka piętra.

Zdjęcia: Mariusz Pałczyński

Biżuteria: Mokobelle

Buty: Apia

Fryzury: Jaga Hupało

Makijaż: Dorota Golińska

cathy nhung

Mc Brunch: kulinarnie, podróżniczo i sentymentalnie o najnowszej kolekcji Małgorzaty Czudak

February 23rd, 2012 § Leave a Comment

Kilka dni temu dostałem zaproszenie na pokaz Małgorzaty Czudak. Zaproszenie dość nietypowe, bo w kształcie tacki na frytki wykonanej z białego kartonu i opakowanej w przezroczystą folię. Może zabrzmi to absurdalnie, ale jest to przedmiot, który niezależnie od okoliczności przypomina mi pewien bardzo dziwny wyjazd do Łeby. Podejrzewam, że wymyślając zaproszenie projektantka nie zdawała sobie sprawy, jaką lawinę skojarzeń może ono wywołać. Wycieczka do Łeby miała miejsce kilka lat temu i stała się katalizatorem wielu mniej lub bardziej zabawnych sytuacji. Jedna z nich została sztandarową anegdotą mojej przyjaciółki. Wykorzystuje ją, kiedy chce mi wsadzić szpilkę lub przedstawić mój skrócony portret psychologiczny. Historia dotyczy naszych poszukiwań wymarzonej smażonej ryby. Tak się złożyło, że oboje lubimy ociekającą tłuszczem rybkę w wesołej kompanii frytek (jak by to napisała Magda Gessler) i flagowych surówek kapuściano-marchewkowych. Taka ryba smakuje oczywiście najlepiej w nadbałtyckich, słoneczno-piaszczystych okolicznościach. Szukając tego perfekcyjnego smaku trafiliśmy do jednej z wielu knajp na plaży. Z perspektywy czasu dochodzę do wniosku, że ciężko to miejsce nazwać knajpą. Była to najzwyczajniejsza w świecie buda z unoszącymi się w powietrzu oparami oleju, małym tarasem, paroma stolikami, elegancką plastikową palmą i sporym tłumem klientów. Myśląc obsesyjnie o tej rybie wkraczamy na taras… I wtedy nadszedł ten żenujący moment, zamiast wejść i poszukać wolnego stolika dorwałem wzrokiem bogu ducha winną kobietę z plastikowym workiem na śmieci pod pachą i w plastikowym czepku na głowie, zmiatającą zamaszystym gestem resztki posiłków (i kartonowe tacki!!) i zapytałem: “czy możemy prosić stolik dla dwóch osób, a jeżeli w tym momencie nie mają państwo nic wolnego to czy jest szansa, że jakiś stolik się zwolni w najbliższym czasie?”. Pełen niedowierzania wzrok owej kelnerki, trzymającej w ręku kartonową tackę upaćkaną ketchupem, dopełnił spojrzenie mojej przyjaciółki, która miała wymalowaną na twarzy mieszankę rozbawienia i zażenowania. Podejrzewam, że pani ze smażalni ryb uraczyła później tą historią swoich znajomych, a ja stałem się obiektem niewybrednych nadbałtyckich żartów. No cóż – człowiek może wyjść z miasta ale miasto z człowieka – już nie. Każdy ma swoje chwile słabości i od czasu do czasu można sobie pozwolić na odrobinę autoironii. Co się jeszcze działo w tej Łebie i jakie konsekwencje życiowe miał ten wyjazd pomińmy dziś milczeniem. Poziom samoupokorzenia został osiągnięty.

A ja tak o tej rybie i sobie, o sobie i rybie a miało być o Małgorzacie Czudak. Wracamy więc do meritum. Dzisiaj w okolicach południa, z tą tacką-zaproszeniem, Łebą w głowie i dwiema towarzyszkami zabrnąłem do miejsca, którego do tej pory nie znałem. Miejsce to nazywa się Produkcja Artystyczna i znajduje się na ulicy Hożej. Spacer przez Warszawę w aktualnej aurze można opisać wieloma słowami, ale żadne z nich nie będzie brzmiało “uroczy” czy “sympatyczny”. Wulgaryzmy sobie daruję, powiem tylko, że szary deszczośnieg i brodzenie w zamarzających kałużach nie nastraja pozytywnie. W końcu docieramy na miejsce. I już wiemy, że trudy tej podróży zostaną nam osłodzone. Menu na Mc Brunch to wata cukrowa, musujące wino i pyszne mini-sorbety. Idealny zestaw na takie szaro-bure dni. A do tego, niczym deser po deserze nowa kolekcja Małgorzaty Czudak.

Pokaz odbył się w modnej ostatnio konwencji “inaczej niż zwykle”. Zamiast wybiegu było wnętrze studia zdjęciowego. A zamiast pokazu odbyła się (co nie będzie zaskoczeniem) sesja zdjęciowa. Miałem sporo szczęścia, bo zająłem sobie miejsce tuż obok projektantki, która na potrzeby tego dnia wcieliła się w rolę stylistki. Tuż przed wejściem modelki i modele poddawali się ostatnim poprawkom Małgorzaty Czudak i zaczynali pozować. A my robiliśmy zdjęcia. Projektant został stylistą, a widz – fotografem. Spodobał mi się ten pomysł. I tak, wiem, kilka razy pisałem, że nie przepadam za “udziwnieniami”. Jednak w tym przypadku całość okazała się niezwykle trafiona, również dzięki temu, że muzyka, o którą zadbał Pleq idealnie dopełniła klimat klimat tej udawanej sesji zdjęciowej.

Sama kolekcja Greysh (wiosna/lato 2012) to intrygujące, ale i smakowite danie. Kolorystyka ubrań ogranicza się do różnych odcieni szarości, czystej bieli, połyskliwej czerni i brązów. Fasony są bardzo proste i geometryczne, niektóre mocno zaburzające sylwetkę. Dominują różne reinterpretacje tradycyjnych koszul, trenczów, małej czarnej w białym wydaniu i t-shirtów. Choć jest to pierwsze skojarzenie, to nie nazwę tej kolekcji minimalistyczną, bo samo słowo jest dość wyświechtane. Detale, które widać dopiero po chwili (podwójne rękawy, podwójne poły, małe przeszycia, wywinięte szwy, aplikacje z suwaków na ramionach i rozmaite rozcięcia) sprawiają, że wcale tak minimalistycznie nie jest. Kolekcja została odszyta z dobrej jakości dzianin, szeleszczących poliestrów (które podszyto dzianiną) i materiału podobnego do pianki z ciekawą, wytłoczoną fakturą. Uzupełnieniem stały się naturalne skóry (zamszowe rękawy jednej z kurtek i licowa skóra wykorzystana do toreb). Całość dopełniają akcesoria. I tu muszę dodać, że są to fantastyczne akcesoria. Świetne torby, buty i czapki bejsbolówki, które dodały kontrastu do stylizacji, a co za tym idzie sprawiły, że kolekcja stała się bardziej zaskakująca i mniej oczywista. Bardzo żałuję, że projektantka nie rozwinęła tematu szarego, ażurowego swetra, który pojawił się w czasie pokazu. Chociaż był to jeden z prostszych elementów kolekcji wydaje mi się, że fantazja i pomysłowość Małgorzaty Czudak, mogłaby ciekawie poprowadzić dalszą rekonstrukcję tego elementu ubioru. Hit z pokazu? Połączenie sztormiaka z trenczem, wykonane z cieniutkiego, błyszczącego poliestru wygląda obłędnie. Większych wpadek nie zanotowałem. Właściwie żadnych. Czy są wobec tego minusy? Wydaje mi się, że czegoś w tej kolekcji zabrakło. Po pokazie miałem wrażenie, że ktoś dał mi puzzle, ale złośliwie schował kilka fragmentów tej układanki. Niby całość została ułożona i widać co jest na obrazku, ale brak tych kilku kawałków nie daje o sobie zapomnieć. Biorę jednak pod uwagę, że Małgorzata Czudak celowo “ukryła” te kilka puzzli, zostawiając swoim klientom odrobinę wolności. Te brakujące fragmenty każdy będzie musiał uzupełnić sam dopełniając stylizacje dodatkiem, kolorem, fakturą. Jeżeli jeszcze mogę chwilę pozrzędzić, to tradycyjnie wspomnę o modelkach. Dziewczyny były ewidentnie zestresowane – odgrywanie scenek przed “fotografami” było dla nich krępujące, co skutkowało garbieniem się i lekkim zdezorientowaniem. Panowie zachowywali się naturalnie i o wiele lepiej poradzili sobie z wejściem w rolę. Ale jak by nie patrzeć – są uprzywilejowani, bo mniej się od nich wymaga.

Kameralność dzisiejszego MC Brunch’u była urzekająca. Niedługo zacznie się kolejny sezon pokazów i już teraz wiem, że przepychając się w tłumach gości, nierzadko walcząc o dobre miejsce, potykając się o dziesiątki fotografów i (nie)cierpliwie znosząc opóźnienia, zatęsknię do tego środowego, pochmurnego dnia osłodzonego watą cukrową. I chociaż hasło “Less is More” jest jeszcze bardziej sfatygowane niż słowo “minimalizm”, to muszę przyznać, że mało kto opanował tę zasadę tak dobrze jak Małgorzata Czudak. A za to należą się jej ogromne brawa.

PS. Oczywiście nie zjedliśmy ryby w budzie pod plastikową palmą. Nie wytrzymałem spojrzenia pracującej tam kobiety, dlatego z podkulonym ogonem musieliśmy szukać innego miejsca. Ale i tak trafiliśmy dobrze. Ryba w budce “Złota Rybka” była pyszna i idealnie tłusta. Jak to mówią – nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. A inne historie z Łeby, na przykład o tym, jak manager zespołu Kosheen chciał mnie pobić i gonił mnie po hotelu zachowam na następne okazje.

PS2. Galeria poniżej to miks zdjęć moich i Insidera.

PS3. Jak zawsze, niezmiennie i szczerze dziękuje Marcie Mitek za korektę, komentarze i sugestie. Love ya!

Tobiasz Kujawa

Mark Bridges- prawdziwy “Artysta”.

February 16th, 2012 § Leave a Comment

Nie lubię chodzić do kina. Drażni mnie odgłos popcornu chrupanego przez obce paszcze, irytuje specyficzny smrodek pełnej sali, krępuje mrok, a jak jeszcze ktoś z tyłu kopie mi w krzesło, wpadam w szał. Wejściówki na przedpremierowy pokaz filmu „Artysta” wygrałam w konkursie. Skusiła mnie perspektywa darmowego powiewu kultury najwyższego sortu (o czym przekonać się miałam w trakcie seansu) – i nie żałuję, bo film okazał się prawdziwą rewelacją. Czarno-biały (!) i niemy (!!!) komediodramat to rzadkość w dzisiejszej kinematografii, jeszcze rzadziej takiemu kuriozum udaje się otrzymać 10 nominacji do Oscara. Świat Hollywood z okresu ryczących lat dwudziestych stanowi tło dla urzekającej opowieści o męskiej dumie, miłości, historii kina i -pośrednio- mody. Szczegółów fabuły nie zdradzam, gorąco polecam (nawet takim kinofobom, jak ja) wybrać się na seans i umrzeć z zachwytu nad tym zabawnym, bezpretensjonalnym i nowatorskim obrazem.

Mark Bridges, autor kostiumów, miał tylko osiem tygodni na przygotowanie strojów do produkcji. Przed rozpoczęciem procesu twórczego obejrzał multum niemych filmów, by zyskać pojęcie o akcesoriach, długościach spódnic i o tym, jak ubrania były noszone, a także by wyczuć subtelne różnice zachodzące w modzie z roku na rok. Efekty jego pracy są oszałamiające.

Styl drugoplanowanej bohaterki Peppy Miller inspirowany był Joan Crawford, gwiazdą kina niemego. Zadziorna Peppy mruga, gwiżdże, uwodzi widza i przede wszystkim świetnie wygląda w strojach z epoki. Większość kreacji została odtworzona przez krawców z Los Angeles, gdyż ponad osiemdziesięcioletnie oryginały były zbyt delikatne i kruche dla tej ruchliwej postaci. Bridges zaskoczony był skomplikowaną konstrukcją strojów: „Te sukienki wyglądają na proste, jednak w rzeczywistości są niezwykle złożone. W niektórych z nich włókna ułożone są w dwóch lub trzech kierunkach: rękawy i spódnica po skosie a tors prosto. Zawsze nalegałem, żeby krawcy naśladowali ten szczególny sposób szycia, by zachować prawdziwego ducha mody lat dwudziestych”.  Także niskie stany sukienek okazały się krawieckim wyzwaniem: są trudniejsze do uszycia i bardziej kosztowne. Prostą sylwetkę strojów rekompensują bogate zdobienia. Cekiny, frędzle i błyszczące dżety sprawiają, że od Peppy nie sposób oderwać wzroku.


Dobór kolorów kostiumów w filmie czarno-białym jest sprawą kluczową. Nie wszystkie barwy dobrze prezentują się przetłumaczone na szarości, kontrast pomiędzy strojem a scenografią decyduje o wyrazistości obrazu. Dlatego Mark Bridges zdecydował się na użycie „non-colours” : czerni i bieli, granatów, seledynu, pasteli. Jak sam mówi, ucieszył się na wiadomość, że film będzie niemy. Rozwiązało to problem mikrofonów obijających się o biżuterię i ocierających się o kostiumy z tafty i krepy.

W „Artyście” stroje stanowią dopełnienie fabuły i są ilustracją sytuacji życiowych bohaterów. Z rozwojem akcji Peppy zmienia skromne sukienki na mieniące się cekinami kreacje, futra i woalki. Mój faworyt to przepyszne futro z… małpy, pieszczotliwie ochrzczone przez reżysera Michela Hazanaviciusa „King Kongiem”.

Lata dwudzieste były jedną z głównych inspiracji projektantów w kolekcjach na sezon wiosenno-letni. Mark Bridges nie wiedział o tym pracując nad „Artystą”. „Nie mam pojęcia, co dzieje się teraz w modzie. Jestem wystarczająco stary, żeby uznać, że widziałem już wszystko. Ludzie pytają mnie, czy widziałem pokaz Ralpha Laurena albo kogośtam i kreacje inspirowane latami dwudziestymi. Oglądam te kolekcje i nie widzę tam więcej lat dwudziestych, niż kapelusze-toczki i palazzo pants, których powrót pamiętam z roku ’78 i ’87.” Moda zatacza kręgi- adaptacje i reinterpretacje elementów ubioru z przeszłości to normalne zjawisko. My bardzo cieszymy się z powrotu Hollywodzkiego blichtru, frędzli i stylu flapper. Na wiosnę zakładamy nasze mary-jane i uderzamy w shimmy!

PS: Więcej o wiosennym trendzie lat dwudziestych w najnowszym numerze Fashion Magazine.

- Voronietz

Kawałek wiosny w galerii Mito.

February 10th, 2012 § Leave a Comment

Szwajcarskie zegarki + skandynawskie wnętrza + włoskie przysmaki = prezentacja idealna.

Pomimo siarczystego mrozu nasza redakcyjna drużyna (3 redaktorów i stażystka dla wsparcia) stawiła się na prezentacji zegarków Swatch. Pierwsze wrażenie po wejściu- galeria Mito zachwyca! Biało-czerwony minimalistyczny wystrój, kawowo-lunchowe menu, w którym wybierać i przebierać można naprawdę długo, świetna kolekcja współczesnego malarstwa i – główny punkt programu- półki pełne książek i magazynów o modzie, sztuce, architekturze… Dla każdego coś fajnego. Organizatorzy chyba nie spodziewali się takiego sukcesu- stojak na płaszcze tłumnie przybyłych gości nie wytrzymał ciężaru i… przewrócił się. 

Gwiazdy eventu, czyli same Swatche, wyeksponowane zostały na małych podestach, atakując kolorami. Pokazano zarówno zegarki młodzieżowe (rewelacyjne Lady Collection z paskiem podwójnej długości, New Gent Lacquered z wyeksponowanym mechanizmem, Lovely Mine i Catch my Heart na Walentynki), jak i bardziej klasyczne propozycje (szykowne i prowokacyjne Irony THE Chrono, eleganckie i dyskretne Iron Lady). Uwagę zwracały czarno-białe cuda zaprojektowane przez włoskiego artystę Lorenzo Petrantoniego, stylizowane na kolaż z wycinków starych gazet i książek. Chyłkiem podgryzając szynkę parmeńską krążyłam między modelami komponując w myślach wiosenne stylizacje z użyciem Swatchów. Możliwości jest naprawdę wiele, bo projektanci marki stawiają na różnorodność kolekcji. Do redakcji wróciliśmy ożywieni radosnymi, jaskrawymi kolorami i świeżością projektów. Oby więcej takich prezentacji w mroźne, szare dni! 

- Voronietz

Top modelki made in Poland

January 11th, 2012 § 4 Comments

Wiosną na bilbordach i w światowych reklamach będziemy podziwiać piękne Polki.

Wiosenno – letni sezon okazał się wyjątkowo łaskawy dla polskich modelek. Aż dziewięć naszych rodzimych gwiazd wybiegów zdobyło lukratywne kontrakty reklamowe. Zuza Bijoch pojawi się w kampanii Valentino, Jac w Just Cavalli a Kasia Struss będzie reklamować Moschino.
Jednak najwięcej kontraktów podpisały w tym sezonie modelki z agencji Model Plus. Nasza okładkowa gwiazda Daga Ziober wystąpi w kampanii Akris, Monika Sawicka w Sportmaxie, Magda Frąckowiak w Jimmy Choo, zaś Ola Rudnicka, która w wielkim świecie mody robi dopiero pierwsze kroki, już zdobyła kampanię Joop. Ale bezkonkurencyjna jest wciąż Małgosia Bela. Wiosną będzie reklamować aż

trzy marki: Hugo Bossa, Hermesa i perfumy L.I.L.Y Stelli McCartney.
Trochę zawiodła w tym sezonie Anja Rubik, która pojawi się tylko w reklamie Balmain. Ale może to pozwoli odrobinę odetchnąć od wyeksploatowanej już reklamowo modelki i sprawi, że w kolejnym sezonie wróci z rzeczą kampanii.
Możemy być także dumni z polskich modeli. Greg Nawrat z agencji Panda, który wystąpił w sesji do zimowego Fashion, pojawi się w reklamie domu mody Gucci. Być może spowoduje to, że w końcu będziemy mieli swoją reprezentację na prestiżowej liście 50 najlepszych modeli portalu Models.com.
Wszystkim Polakom gratulujemy sukcesów i życzymy kolejnych tak owocnych sezonów.

This slideshow requires JavaScript.

Follow

Get every new post delivered to your Inbox.

Join 29 other followers